piątek, 23 września 2016

5. Gołąbeczki, ruszcie kuperki, bo Grześ się niecierpliwi.

26.06.2016 | Hotel Hermitage Barrière w La Baule

  - Jaka powinna być twoja dziewczyna? - zagadnęłam, spoglądając na zaskoczonego moim pytaniem chłopaka. 
- Skąd to pytanie? - zapytał, biorąc od ust kolejnego żelka. 
- Przeprowadzam ankietę "Mariusz i jego druga połówka." 
- Po co ci to? - zaśmiał się, poprawiając swój tyłek na fotelu i spojrzał na mnie z pytajnikami w oczach. 
- Chcę wiedzieć, co w sobie zmienić, żeby być numerem jeden. 
- Miła, wierna, kochana, inteligentna, lubiąca się droczyć, ma wiedzieć czego chce... Kurde, trudne pytanie! - podrapał się po karku, a następnie zagłębił się w swoje myśli. Jeśli Mariusz Stępiński zaczynał używać swojego mózgu to trzeba było liczyć się z tym, że może zrobić się naprawdę niebezpiecznie. - Nie zastanawiałem się nad tym. - zaśmiał się. 
- To ja chyba odpadam, bo nie jestem dla ciebie miła, kochana i nie lubię się droczyć.
- Ty nie lubisz się droczyć? - jego oczy przybrały rozmiar monety o nominale pięciu złotych. - Nie no gdzie, ty jesteś nieśmiałą kobietą...
- Cóż za ironia, panie Stępiński. - prychnęłam. 
- Co jeszcze chcesz wiedzieć?
- Jaka w łóżku plus twoje upodobania seksualne! 
- Jezu... - westchnął, łapiąc się za głowę. Było to jego jednym z ulubionych gestów, kiedy załamywałam go czymś, co opuściło moje usta. - Ciężkie pytanie..
- No dawaj!
- Chciałbym, żeby czasem przejęła inicjatywę, a nie że wszystko ja robię. Upodobania.. rozwiniesz to?
- Gadżety erotyczne, seks od tyłu, od przodu, wzajemna masturbacja, kneblowanie, wiązanie, delikatność, ostrość, ból, miłość. - wymieniałam po kolei, a na twarzy Mariusza rosło coraz większe zdziwienie. 
- Przerażasz mnie dziewczyno. 
- Czekam na odpowiedź. 
- Głównie to żeby nie opierała się przed zrobieniem mi dobrze. - powiedział dumnie, ruszając brwiami, a ja spojrzałam na niego jak na idiotę. Nie od dziś wiedziałam, że w Mariuszu siedzi jego dziwnie zboczony duszek, który od czasu do czasu władał jego ciałem, ale ten chłopak mógł się chociaż z tym jakoś kryć!
- Boże, Mariusz... Mogłeś sobie darować, powiedzieć, że nie masz..
- Jak ja mogę, to czemu by druga strona nie mogła mnie zadowolić, co?
- Skończmy ten temat.. - powiedziałam z rezygnacją w głowie. Chłopak uśmiechnął się szeroko, po czym wziął jednego żelka i rzucił nim prosto w moje czoło. 
- Oj przepraszam. - powiedział słodko, zbliżając się do mnie i delikatnie musnął miejsce, w które trafił gumowy misiek. Czy to normalne, że w tamtym momencie czułam jak moje serce przyśpiesza rytm, a po chwili wywraca fiołka? 

  Wymieniłam znaczące spojrzenia z Wojtkiem, którego również zastanawiał rysunek wykonany przez Krychowiaka na tablicy. Graliśmy w kalambury, ale od dobrych dziesięciu minut gra zwolniła tempo, bo biedny Grześ nie chciał zrezygnować ze swojego hasła i uparcie dążył do idealnego narysowania go. Zerknęłam na Pazdana, który przysypiał na krześle, a jego biedna łysinka kołysała się na boki. Potem przeniosłam wzrok na znudzonego Roberta, który wraz z Jędzą zaczął grać w marynarza, a później na zadowolonego Kapustkę i Mariusza, którzy oglądali coś w swoich telefonach. Moje spojrzenie zetknęło się ze wzrokiem chłopaka, który delikatnie uniósł kącik ust ku górze, a następnie spuścił wzrok. Czemu zwykły gest z jego strony sprawiał, że czułam się tak szczęśliwa, jakbym dostała jednorożca wykonanego ze szczerego złota? 
- Krycha, skończysz kiedyś? - zapytał znudzony Szczęsny. 
- Czekaj, zaraz. - powiedział wymijająco, dorysowując jeszcze kilka szczegółów do swojego rysunku. Jak dla mnie to nie było na nim nic innego poza bazgrołami. - Już!
- Co to jest? - Lewandowski patrzył na dzieło piłkarza z wielką uwagą, ale chyba też nie widział w tym nic sensownego. 
- To trawa? 
- Jędza, gdzie ty tu trawę widzisz? - artysta wywrócił oczyma.
- Poddajemy się? - zapytał Wojtek, spoglądając na każdego z nas. - Krycha, poddajemy się. 
- Serio? Rysowałem to piętnaście minut, a wy mi mówicie, że się poddajecie? 
- Wybacz, ale słaby z ciebie Picasso. - westchnął Mariusz. 
Biedny Grzegorz machnął z rezygnacją ręką, a potem zaczął opowiadać o poszczególnych elementach swojego dzieła. Słuchałam go, lecz spojrzeniem uciekałam do siedzącego nieopodal Mariusza. Uwielbiałam jego uśmiech, nawet jeśli nie był kierowany do mnie to i tak był urzekający. Wróciłam na ziemię, gdy poczułam jak Wojtek niechcący szturchnął mnie łokciem.
- Może pora znaleźć żonę? - zagadnął Kapustka.
- A żeby to było takie łatwe.
- To jest banalnie proste! - wtrąciłam. - Idziesz na miasto, wypatrujesz dobrej foczki, podchodzisz, przypierasz do ściany i pytasz, czy zostanie twoją księżniczką, ale nie tylko na noc.
- Co z tobą nie tak? - zapytał Wojtek, patrząc na mnie jak na kosmitę w stroju księżniczki Disneya.
- Ale ona dobrze mówi! - powiedział Grzesiek.
- Ale masz Celię, debilu. - odezwał się Jędza.
- Z Celią przechodzimy aktualnie kryzys. - wyjaśnił. - Panowie, jestem we Francji, miejscu grzechu!
- Chyba ci się z Las Vegas trochę pomyliło...
- Agatka, idziemy na miasto! - zarządził Krychowiak i nim zdążyłam zareagować, pociągnął mnie siłą za rękę i niemalże wyciągnął z pokoju, w którym siedzieliśmy od dobrej godziny.

  - No i widzisz tu jakąś dobrą foczkę?
- Mariusz, nie stresuj go. - powiedziałam do chłopaka. Swoją drogą, skąd on się tu znalazł? Wyszło nas dwoje, a w mgnieniu oka zrobiło się nas trzy razy więcej. Szłam tuż obok Grzesia i Wojtka, gdy poczułam jak 'ktoś' ciągnie mnie za skrawek bluzy i przez to zmuszona byłam do zwolnienia kroku.
- Co to ma być za prowadzenie się z nimi, co? - zapytał, obejmując mnie w pasie z taką siłą, że walczyłam z tym, by nie wypluć na niego swoich wnętrzności. Dopiero po chwili rozluźnił uścisk, a potem cicho się zaśmiał.
- Zazdrosny o kolegów? - popatrzyłam na niego, mrużąc lewe oko.
- No... powiedzmy.
- Nie wspominałeś o swoich pociągach do chłopców.. - westchnęłam, sugerując mu spojrzeniem, że w tym momencie uważam go za małego homoseksualistę.
- Kiedyś ci zrobię krzywdę, przyrzekam! - warknął, po czym naskoczył na mnie, a ja niemalże straciłam równowagę. Tyle dobrze, że chłopak mnie mocno trzymał, bo inaczej przytuliłabym chodnik jednej z bretońskich uliczek, a to pewnie nie byłoby niczym przyjemnym dla mojego ciała.
- Gołąbeczki, ruszcie kuperki, bo Grześ się niecierpliwi. - ponaglił nas Wojtek.
Wymieniłam z Mariuszem spojrzenie, które mówiło o tym, że zemszczę się w najbliższym czasie, a ten jedynie cmoknął ustami i pociągnął mnie za rękę w stronę chłopaków. Chyba było to ulubionym gestem piłkarzy naszej reprezentacji, bo od rana zostałam potraktowana w taki sposób przez pięciu lub sześciu chłopaków. Oby tak dalej, a mogłam pożegnać się z moją ukochaną ręką.
- Ta jest piękna!
- Ma nogi jak słonica. - powiedział Mariusz, a ja strzeliłam go w ramię. Nie cierpiałam, gdy potrafił być niemiły dla osób, które nie wpadały wyglądem w jego gusta. Każdy miał swoje wady i zalety, wyglądał jak wyglądał, a Mariusz czasami za dużo mówił i denerwowało mnie to. - No sama zobacz.
- Nie musisz patrzeć. - odparłam.
- Pomagam koledze w wyborze, to źle?
- Ale pomyśl sobie, że tej dziewczynie może być przykro..
- Przecież ona tego nie słyszy, jeju.. - pokręciłam z rezygnacją głową i skierowałam wzrok na przechodzącą grupkę chłopaków. Przyznam szczerze, że było na kim oko zawiesić i uśmiechnęłam się pod nosem, co nie uszło uwadze brunetowi. - Nie śliń się na ich widok.
- A to dlaczego?
- Bo ci nie pozwalam.
- I mam się ciebie słuchać?
- A nie?
- A tak?
- Jak chcecie sobie poflirtować to wróćcie do hotelu i zamknijcie się w pokoju, bo teraz mi przeszkadzacie w polowaniu na sarenki. - Grzegorz przerwał nam wymianę zdań, po czym wrócił do rozmowy ze Szczęsnym, który udzielał mu ostatnich rad w temacie flirtu, bo stwierdził, że jak uda mu się poderwać ową dziewczynę, to nie będzie wiedział co zrobić potem.
- Polegnie. - skwitował Szczęsny, nie spuszczając wzroku z Grześka, który z każdym krokiem był coraz dalej nas, lecz bliżej dziewczyny, która niczego nie świadoma, czytała dostaną wcześniej ulotkę. - Nie wierzę, że to zrobi.
- Może i zrobi. - powiedział brunet. - Najwyżej dziewczyna uzna go za kretyna i sobie pójdzie. Przecież nie zrozumie po polsku, co Grzesiek mówi.
Krychowiak zrobił wszystko, co zostało mu powiedziane. Podszedł do biednej dziewczyny, przyparł ją do ściany i coś mówił, a ta zaczęła krzyczeć i wyrywać się. Najgorsze w tym wszystkim było to, że w pewnym momencie zaczęła wyklinać go w naszym ojczystym języku, po czym zaserwowała mu kopniaka w krocze i poznała swoją pięść z jego twarzą. Było mi szkoda Grześka, naprawdę! Ale najwidoczniej przeliczyłam się z tym, że jest mądrym i dojrzałym facetem, skoro poszedł na mój pomysł jak młody jeż na koszyk żołędzi.
- Nawet tego nie komentujcie. - warknął, wymijając nas i poszedł prosto przed siebie. Całą grupą wybuchnęliśmy śmiechem, a chwilę później ruszyliśmy za piłkarzem.

  Wsłuchiwałam się w dość smutną, ale piękną piosenkę, która znajdowała się na playliście w telefonie Mariusza i rozmyślałam nad wszystkim, co działo się w ostatnim czasie. Wciąż byłam godna podziwu dla samej siebie za postawienie się moim rodzicom, ale gdzieś w głębi duszy czułam, że jednak postąpiłam źle. Może i katowali mnie swoimi wymysłami i milionem zbędnych zajęć, ale wiem, że pod powłoką wymagającego małżeństwa kryli się ludzie, którzy mnie kochali. Szkoda tylko, że nie potrafili już przyznać się do tego, ale ja nie miałam na to żadnego wpływu. Z drugiej strony cieszyłam się, że sprawy przybrały właśnie taki obrót, bo inaczej nie byłoby mnie tutaj. Nigdy nie przeżyłabym takiej przygody życia, nie miałabym okazji poznać wszystkich piłkarzy, a tym bardziej Mariusza, który każdego dnia coraz bardziej pokazywał swoje prawdziwe wnętrze. Uwielbiałam czas spędzany z nim. Nie tylko dlatego, że mogłam powiedzieć mu o tym co leży mi na sercu, ale też dlatego, że potrafił sensownie dotrzeć do mojej osoby i sprawić, że zaczynam myśleć bardziej pozytywnie. 
- O czym tak myślisz? - z zamysłu wyrwał mnie głos chłopaka, który opuścił łazienkę. Starałam nie koncentrować swojej uwagi na jego torsie, ale było ciężko. Wszak to nie moja wina, że nie raczył założyć niczego więcej prócz krótkich spodenek, a widok półnagiego mężczyzny był mi znany jedynie ze zdjęć. 
- Ubierz się. - rozkazałam, w ogóle nie zastanawiając się nad wypowiedzeniem tych słów. 
- Podniecam cię? - poruszał zabawnie brwiami, ukazując przy tym szereg białych zębów. 
- Nawet nie wiesz jak bardzo! - powiedziałam ironicznie, wyłączając muzykę i wyjmując słuchawkę z ucha. - Nie mam ochoty patrzeć na twoje grube ciałko. 
- Nie jestem gruby, ej! - oburzył się, rzucając we mnie wyciągniętą z szafki koszulką. 
- A przepraszam, ty jesteś puszysty.
- Tym bardziej nie jestem puszysty!
- A jaki jesteś? Bardziej okrągły? Większy niż inni? Lepiej dożywiony? 
- Większy, bo umięśniony. - z satysfakcją napiął mięśnie i puścił mi oczko, a ja prychnęłam. Lubiłam ten dystans, który Mariusz posiadał do samego siebie. Nie obrażał się za byle co, a nawet ze mną dyskutował. Czasami skutecznie, czasami mniej, ale i tak cieszyłam się z tego, że nie był zadufanym lalusiem. 
- Tłuszcz odkłada się również w mięśniach. 
Nie minęło nawet dwie sekundy, jak brutalnie zostałam zaatakowana ciałem Mariusza, które znalazło się na mnie. Usiłowałam go z siebie zrzucić, ale był silniejszy i marnie mi to szło. 
- Przeprosisz? - zapytał, lecz milczałam. Gdybym wiedziała, że zostanie zaserwowana mi porządna dawka łaskotek to uciekłabym z jego pokoju w trakcie wypowiadania ostatniego zdania. Miałam wrażenie, że mój rechot słyszy cały hotel, a sam wujek Adam wyklina w myślach Mariusza i mnie. - Następnym razem licz się ze słowami. - powiedział, opadając na miejsce obok mnie. 
- Myślisz, że się ciebie boję? 
- Myślę, że powinnaś zacząć, mała. - wytknął język, po czym bez pytania położył głowę na moim brzuchu, objął mnie ręką i dłoń wsunął pod skrawek luźnej koszuli. Nie protestowałam takiemu zachowaniu, bo robił tak już niejednokrotnie, a moje durne myśli i serce skakały wtedy z nieopisanej radości. - Powiesz mi o czym tak myślałaś? - nieznacznie uniósł głowę i spojrzał na mnie z pytajnikami w oczach. 
- Ogólnie o wszystkim. - sądziłam, że taka odpowiedź go zadowoli, ale uparł się, że na pewno coś ukrywam. Sama nie wiem czy zdążył mnie na tyle poznać, by wiedzieć, kiedy ściemniam, czy po prostu byłam w tym taka słaba. - Euro się kiedyś skończy, prawda..? - zapytałam nieśmiało, a na moją twarz niemalże natychmiast wkradł się smutek. 
- No tak, ale co z tego? 
- Nic... - powiedziałam wymijająco i westchnęłam. 
- Chyba domyślam się o co chodzi.. - również westchnął, a następnie podniósł się do pozycji siedzącej i przetarł twarz dłońmi. - Myślisz, że mnie to nie przeraża? Boję się, że po powrocie do Polski rozjedziemy się w swoje strony i zapomnisz o mnie..
- Prędzej na odwrót. - prychnęłam, wstając z łóżka chłopaka i podeszłam do okna. - Popełniliśmy błąd, Mariusz. Nie powinnam była dać ci się do mnie zbliżyć, nie powinnam była obdarzyć cię takim zaufaniem i sympatią...
- Mówisz, jakbyś za chwilę chciała powiedzieć mi, że mam spadać na drzewo i się do ciebie nie odzywać.
- Może tak byłoby najlepiej? - zapytałam, spoglądając kątem oka na zaskoczonego, a zarazem smutnego chłopaka. - Im wcześniej skończymy spędzać ze sobą czas, tym lepiej dla każdego z nas... - czułam, że wszystkie słowa wydobyły się z moich ust wbrew temu co czułam. Nie chciałam go stracić, tak bardzo mi na nim zależało, ale jednak nie potrafiłam wyobrazić sobie tego co będzie, gdy wrócimy do swojego życia sprzed Euro.
- Musisz mi to robić..?
- Co ci robię?
- Rezygnujesz ze mnie..
- I tak jest ci to obojętne.
- Właśnie nie bardzo. - powiedział. - Chyba tylko tobie...
- Pójdę już..
- Proszę cię... nie idź.. - widziałam w jego oczach ból. Czułam się cholernie źle, bo właśnie psułam wszystko między nami i krzywdziłam tym nas oboje. Spojrzałam na niego, wzruszając ramionami i wolnym krokiem udałam się w stronę drzwi. Położyłam dłoń na klamce i już miałam wyjść z pokoju, gdy po pokoju rozniósł się jego głos: - Kurwa, zależy mi na tobie. Nie widzisz tego? - zrobiło mi się ciepło na sercu, ale czułam, że jeśli teraz tego nie skończę to w przyszłości oboje na tym ucierpimy. Słona łza spłynęła po moim policzku. - Nie chcę cię stracić, rozumiesz to? Nie umiem o tobie nie myśleć, nie potrafię przejść koło ciebie obojętnie i nie zagadać ani nie zaczepić...
- Dajmy sobie spokój.. - zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech i nacisnęłam drzwi. Wiedziałam, że jak teraz wyjdę to wszystko będzie skończone, a jednak to zrobiłam. Popatrzyłam przez chwilę na chłopaka, a następnie zamknęłam drzwi, otarłam twarz rękawem od bluzy i ruszyłam przed siebie. Tak właśnie skończyło się najlepsze co mogłam dostać od losu - moja relacja z Mariuszem.

  ******
Hello! :D
Dawno niczego tutaj nie było, więc stwierdziłam, że warto dodać rozdział skoro już go napisałam.
Niezbyt mi się podoba, ale mam nadzieję, że wy będziecie innego zdania. 
Końcówka chyba niezbyt szczęśliwa, ale tak ma być. Nie może być zbyt dobrze. ^^ 

Czy was też rozbraja pogoda ciepło/cieplej/zimno/masakrycznie zimno? 
Przeziębienie górą, a co.

Pozdrawiam. ♥

poniedziałek, 19 września 2016

4. Mogę ci zagwarantować, że Mariusz Stępiński mnie nie interesuje.

14.06.2016 | Hotel Hermitage Barrière w La Baule

  Przenikliwy ziąb doszczętnie opętał moje ciało, które bez mojej kontroli trzęsło się jak przysłowiowa galareta. Dla wielu osób pewnie wyglądało dziwnie, że ubrana w krótkie szorty i koszulkę dziewczyna siedzi na ławce, wpatrując się w przejeżdżające samochody i nie reaguje nawet na mżący deszcz, gdy oni przemykają z parasolami lub starają się jakkolwiek nakryć swoje głowy i mkną do pobliskich lokali lub swoich aut. Myślałam, a raczej szczegółowo analizowałam, dlaczego poczułam ukłucie złości i doznałam chwilowego zatrzymania świata, kiedy usłyszałam rozmowę Mariusza. Przecież nie czułam do niego nic więcej niż czystą sympatię. Nawet  nie przyszło mi na myśl, aby patrzeć na niego jak na kogoś więcej niż chłopaka, z którym potrafiłam przegadać naprawdę sporo czasu i dobrze bawić się w jego towarzystwie. Zresztą on sam nie wykazywał, że jestem dla niego kimś więcej, więc skąd to wszystko? Oszukał mnie, tyle mogłam powiedzieć z ręką na sercu. Opowiadał mi o swoich byłych dziewczynach, które zazwyczaj leciały tylko na to, że miał ładną buźkę, trochę kasy w portfelu i lokalne media go rozpoznawały. Mówił mi, że teraz ma zamiar skupić się na trenowaniu i graniu, bo spraw sercowych ma dość po ostatnim związku, a co się okazuje? Że jednak miał kogoś, kogo sprytnie przede mną zataił. Jeśli liczył, że jego drobne kłamstewsko nie wyjdzie na jaw, to grubo się pomylił. 
- Co ty najlepszego wyprawiasz? - dobrze znany mi głos sprowadził mnie na ziemię i sprawił, że miałam ochotę wstać i udać się jak najdalej. - Trzymaj. - dodał, ściągając bluzę przez głowę i podał mi ją. Nie miałam zamiaru nawet na niego spoglądać, a co mówić o braniu od niego jakichkolwiek rzeczy. - No bierz tą bluzę, bo  nawet się nie obejrzysz, jak utkniesz w łóżku z zapaleniem płuc. 
- Nie chcę jej. 
- Agata, nie denerwuj mnie. 
- Dlaczego się mną tak bardzo interesujesz? Nie masz swojego życia? - popatrzył na mnie z pytajnikami w oczach, przez co zdałam sobie sprawę, że trochę zbyt ostro się do niego odniosłam. 
- Mam swoje życie. 
- Bardzo mnie to cieszy, idź się nim zajmij. 
- O co ci chodzi? 
- O nic. 
- Rozmowa z rodzicami tak na ciebie wpłynęła? - milczałam. - No to dlaczego nie masz humoru? Gdzie jest ta Agata, która non stop mi docina i dokucza? - w jego głosie słyszałam nutkę rozbawienia, ale nie podziałało to na mnie. Był zajęty, więc na co liczył? 
- Daj sobie ze mną spokój, dobra? - popatrzyłam na zaskoczonego bruneta. - Ty wiesz o mnie naprawdę sporo, a ja nie zasługiwałam nawet na informację, że masz dziewczynę. Naprawdę myślałeś, że się nie dowiem? - wypaliłam. 
- Co? O czym ty mówisz? - na jego twarzy pojawiło się coś na kształt zdezorientowania. Miałam ochotę go wyśmiać. Myślał, że niewinna minka na mnie podziała? Że nie wyjdzie na jaw jego drobne kłamstewko i zatai przede mną fakt, iż naprawdę kogoś ma?
- Wiem, znamy się krótko, ale myślałam, że będziemy ze sobą choć minimalnie szczerzy.. 
- Kto ci nagadał głupot o jakiejś dziewczynie? - zapytał. - Nie mam dziewczyny, nie okłamałem cię w tej kwestii.. 
- Słyszałam, jak mówiłeś, że ją kochasz.. - wyraz jego twarzy diametralnie uległ zmianie. Widziałam w jego oczach coś na kształt smutku? Żalu? 
- Rozmawiałem z babcią... - westchnął, siadając na wcześniej zajmowanej przeze mnie ławce. 
- Mhm.
- Wiem, że może wydać ci się to dziwne, ale naprawdę z nią rozmawiałem. Jestem z nią mocno związany, czy to dziwne, że nie wstydzę się mówić jej takich słów? Wychowała mnie, zawsze mogłem na nią liczyć, a teraz... - głos mu się załamał. - Wiesz, ile razy mnie pytała, czy kiedykolwiek będzie mogła doczekać prawnuków? Czy pozna dziewczynę, która zawładnie sercem i rozumem jej wnuka? Wiesz, jak bardzo chciała dożyć spokojnej starości..? Teraz każdego dnia jest coraz słabsza, bo dawno zażegnany nowotwór znów powrócił i wyniszcza jej organizm...
- Boże... - zakryłam usta dłonią. Jedyne na co miałam ochotę to zapaść się ze wstydu pod ziemię. Naskoczyłam na niego, nie znając prawdy. Milion razy zwyzywałam go od idiotów, a on nic takiego nie zrobił. - Gdybym wiedziała...
- Ale nie wiedziałaś.. Nie powiedziałem ci o tym, bo uznałem, że nie ma czym się chwalić... - starał się ukradkiem otrzeć spływającą po policzku łzę, po czym spojrzał na mnie z wymuszonym uśmiechem. Poczułam przeszywający ból, spoglądając w jego zaszklone tęczówki. - Mogę się do ciebie przytulić..? - zapytał cicho, spuszczając wzrok, a ja niewiele myśląc usiadłam obok i przytuliłam chłopaka. 

  Ostrożnie poruszyłam się na łóżku, by dostać do laptopa i go zamknąć, bo stwierdziłam, że nie ma sensu oglądać końcówki mało ciekawego filmu, gdy Mariusz od dobrych dwudziestu minut spał jak małe dziecko. Nie powiem, że nie, bo wyglądał uroczo, gdy spał, a ja za każdym spojrzeniem na niego uśmiechałam się pod nosem. Poczułam jakąś ulgę, gdy powiedział mi, że nie ma żadnej dziewczyny, że mówił prawdę. I choć było mi z tego powodu nieco głupio, to jedynym plusem w tym wszystkim było to, że utwierdził mnie w przekonaniu, że są ludzie, którym mogę stuprocentowo ufać i on właśnie do takich należał. Udało nam się jeszcze trochę porozmawiać o jego babci. Serce mi pękało na drobne kawałki, widząc smutek, który malował się na jego twarzy i te łzy w oczach. Opowiadał, jak kobieta uczyła go jeździć na rowerku bez bocznych kółek, jak zawsze gotowała dla niego zupę pomidorową na zawołanie, jak krzyczała na niego za drobne przewinienia, a potem i tak zabierała go na lody do pobliskiej lodziarni. Z jego opowieści wynikało, że od zawsze był z nią blisko i strasznie mocno ją kochał. Moje przemyślenia przerwał dźwięk dzwonka telefonu. Dość szybko przyciszyłam urządzenie, by nie zbudzić śpiącego piłkarza, po czym przesunęłam zieloną strzałkę w górę i przyłożyłam je do ucha.
- Gdzie ty jesteś? - głos wujka wydawał się być naprawdę przestraszony i poddenerwowany. Na śmierć zapomniałam, że widziałam się z nim kilka godzin temu i od tamtej pory nie dawałam znaku życia. - Byłem u ciebie w pokoju, ale pocałowałem klamkę.
- Zapomniałam o tobie, przepraszam, wujku. - zaśmiałam się cicho, przecierając w międzyczasie twarz dłonią. - Coś się stało?
- Musimy porozmawiać i to poważnie, więc wyjdź ze swojej potajemnej kryjówki i przyjdź do restauracji. - ton jego głosu brzmiał na tyle strasznie, że po moim ciele przeszły ciarki. Co jeśli nagle odmieniło mu się stanie murem za moją osobą i zdecydował odesłać mnie do domu? Brałam pod uwagę też taką opcję, że moim rodzicom udało się go urobić, bo przecież dla nich to nic trudnego, by namieszać w głowie, a potem cieszyć się z satysfakcji, że znowu górują. Powoli zeszłam z łóżka, zdjęłam bluzę chłopaka, żeby oszczędzić wujkowi widoków i przykryłam Mariusza beżowym kocem, po czym wyszłam z jego pokoju. Pięć minut później znajdowałam się na dole i kroczyłam do restauracji, gdzie miał czekać na mnie wujek. Nie powiem, bo serce biło mi jak oszalałe, a w głowie kotłowało się od myśli. Uspokoiłam się trochę dopiero wtedy, gdy na twarzy wujka zobaczyłam uśmiech, a uśmiech na twarzy Adama Nawałki to naprawdę dobra informacja, że nic złego się nie dzieje.
- No co tam? - zapytałam, siadając naprzeciwko mężczyzny.
- Gdzie ty byłaś? - zignorował moje pytanie i zmierzył mnie spojrzeniem. Milczałam, uśmiechając się pod nosem. - Jeszcze chwila, a pomyślę, że cię ciągnie do tego chłopaka.
- Po prostu go lubię!
- Ja też go lubię i darzę go wielką sympatią, ale lepiej, żeby nie wyciągał do ciebie rąk, bo jakby mi cię skrzywdził albo chociażby zawiódł to nogi bym mu z tyłka wyrwał.
- Ej, spokojnie. - zaśmiałam się. - Wyznaczyłeś mi granicę, mówiąc, że mam nie wchodzić w bliskie kontakty z piłkarzami, więc się tego trzymam. A że nigdy nie miałam przyjaciół ani kolegów to cieszę się, że mam chociaż jego.
- Tylko żebyś za bardzo się nie przyzwyczaiła, bo...
- Bo kiedyś Euro się skończy, ja wrócę do Warszawy, a on do siebie?
- Nie chcę, żebyś potem cierpiała i tęskniła, bo za bardzo się przywiążesz...
- Mogę ci zagwarantować, że Mariusz Stępiński mnie nie interesuje.
Nastała chwila ciszy, podczas której mierzyłam się z wujkiem na spojrzenia. Wciąż zastanawiało mnie o czym chciał ze mną porozmawiać, bo czułam, że nie chodziło mu tylko o moje relacje z piłkarzem.
- Agatko... - zaczął, tym samym przerywając ciszę. - Co prawda nie masz tylu lat co ja, ale to nie zmienia faktu, że i tak się starzejesz. - parsknął śmiechem. - Wszystkiego najlepszego, staruszko! - powiedział entuzjastycznie, wyciągając spod stołu małe, brązowe pudełeczko ze złotym wieczkiem i przesunął je w moją stronę.- Otwórz. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
Drżącymi rękoma sięgnęłam po pudełko i zdjęłam pokrywkę, a moim oczom ukazał się złoty naszyjnik w kształcie serduszka, na którym widniał wygrawerowany napis "zawsze możesz na mnie liczyć - chrzestny." Popatrzyłam na wujka ze wzruszeniem, po czym zerwałam się z miejsca i rzuciłam się mu na szyję.
- Dziękuję. - powiedziałam, cmokając go przelotnie w policzek. - Za ten prezent, za to, że jesteś, za wszystko, wujku.
- Już tak nie cukruj. I tak ci nie wybaczę, że rano zeżarłaś tort z chłopakami, a mi nie dałaś nawet wylizać talerzyka... - powiedział, a następnie oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

  - Idziesz spokojnie ulicą i nagle może cię spotkać burza, trąba powietrzna albo tsunami. - gestykulował rękoma we wszystkie strony, a wszyscy patrzyli na niego jak na skończonego debila.
- Tsunami w Polsce? Czy ciebie Bóg opuścił? - zapytał znudzony już Robert i wsparł twarz na swojej dłoni.
- Kiedy się urodziłem, spojrzał na mnie i powiedział "Jesteś zbyt idealny, Arkadiuszu. Nie potrzebujesz mnie."
- Mógł ci chociaż mózg dać, bo tego akurat potrzebujesz. - jęknęłam, kładąc swoją głowę na klatce piersiowej Stępińskiego. Kilku piłkarzy bez wahania przyznało mi rację, a sam Arek zmierzył mnie morderczym spojrzeniem. - Nie patrz na mnie, jakbym zabrała ci ojca i przerobiła go na jogurt.
- Skąd ty bierzesz takie dziwne porównania? - zapytał Kapustka.
- I to jest świetne pytanie! - podniosłam się do pozycji siedzącej i zerknęłam na chłopaka. - Bo widzisz, drogi chłopcze, ja używam tego, co mam tutaj. - palcem wskazującym postukałam kilkukrotnie w głowę.
- Sugerujesz, że my tego nie robimy?
- Ty to powiedziałeś.
- A ty nie zaprzeczyłaś!
- Zostałam wychowana tak, że z grzeczności nie będę zaprzeczać.
- Jaka świnia! - oburzył się Milik, zakładając ręce jak obrażona dziewczynka. - Nie dość, że oszukuje w statki, to jeszcze nas obraża!
- Właśnie! Jak śmiesz obrażać takie gwiazdy futbolu, co? - nawet znudzony Lewy ożywił się nieco i włączył do tematu.
- Wypraszam sobie, do ciebie nic nie mam, bo grasz w Bayernie. - uśmiechnęłam się szeroko, ale nie na długo, bo po sekundzie poczułam jak na mojej twarzy ląduje poduszka rzucona przez Szczęsnego.
- No nie myśl sobie, że będziesz go faworyzowała, bo gra w klubie z Müllerem!
- Bardziej wolę Neuera. 
- O mamo... Krycha, chyba mam zawał! - zapiszczał, łapiąc się za serce i osuwając na biednego Grześka. - Za niemieckiego bramkarza się bierzesz? A polskiego to łaska docenić?! 
- Doceniam, bardzo lubię Fabiana. - odparłam, spoglądając ukradkiem na Łukasza, który uśmiechnął się szeroko i uniósł kciuk ku górze. 
- Krycha, zabierz mnie stąd! 
- Przestań wrzeszczeć. - głos Tomka Iwana rozniósł się po całym pokoju. - Jak tak dalej pójdzie to wylądujemy z walizkami na bruku, bo mury nie wytrzymają twojego pisku... - dodał. - Ustaliłem z trenerem, że dzisiaj na siłownie idzie wyjściowa jedenastka, a rezerwowi stawiają się tam z samego rana. 
- Czyli możemy iść spać? - zapytał Mariusz, podnosząc się i przypadkowo szturchając mnie z łokcia, za co przeprosił niewinnym uśmiechem. 
- Spać tak, ale bez Agaty. - zażartował Iwan, a zaraz po tym ponaglił chłopaków i w mgnieniu oka cały pokój opustoszał. Piłkarze, którzy nie mieli treningu, rozeszli się do swoich pokoi, a ja zostałam sam na sam z Mariuszem. Żadne z nas nie rozpoczynało rozmowy. Po prostu siedzieliśmy obok siebie, co jakiś czas wymieniając się uśmiechami. 
- Masz ochotę na spacer? - zapytał wreszcie. 
- A wiesz, że mam?

   - Otwieraj buzię! - rozkazał, wymachując łyżeczką, na której znajdowały się lody o smaku truskawek. Czułam się jak małe dziecko, które nie chce jeść, ale mama sposobem na "leci samolocik" wmuszała w niego kolejne porcje zupki. Jednak nie przeszkadzało mi to, a raczej bawiło. Nie spodziewałam się, że w Mariuszu tkwi jeszcze chłopiec, który nie wyrósł z dziecięcych zachowań, ale przyznam, że było to urocze. Chociaż cały on był uroczy. Może to głupie, ale nie mogłam napatrzeć się na jego niebieskie tęczówki, które były takie wesołe. Nie mogłam też patrzeć obojętnie na jego uśmiech, który sprawiał, że moje serce robiło milion  fikołków na minutę. - Masz śliczne usta, wiesz? - wypalił, mierząc mnie swoim spojrzeniem. Spuściłam głowę, by nie pokazać mu rumieńca, który niemalże natychmiast wkradł się na moje policzki. 
- Są normalne, ale... dziękuję.
- Są śliczne. 
- Usta jak usta... 
- Mi się podobają... - ton jego głosu znacznie osłabł. Miałam wrażenie, że twarz chłopaka znajduje się coraz bliżej mojej, ale nie wiedziałam czy to wytwór mojej wyobraźni i się odsunąć, czy może to nie dzieje się naprawdę i lepiej pozostać na swoim miejscu. Dopiero, kiedy odchrząknął, uświadomiłam sobie, że to naprawdę się działo. Sama nie wiem czemu, ale poczułam lekki zawód, gdy chłopak odsunął się i poprawił odruchowo kołnierzyk koszuli w kratę. - Opowiesz mi coś więcej o sobie? 
- Zależy co cię interesuje. - odparłam po chwili, biorąc chwilę później łyka soku pomarańczowego.
- Jakie masz plany na przyszłość, co robiłaś dopóki nie przyjechałaś tutaj...
- Jestem świeżo po maturze. - westchnęłam. - Skończyłam liceum, napisałam maturę, teraz pozostało mi tylko czekać na wyniki i jak będą pozytywne to planuję iść na studia.
 - Prawo?
- Coś ty. Nie byłabym dobrym mecenasem, bo moim marzeniem nie jest siedzenie na sali sądowej i słuchanie rozhisteryzowanych mamusiek, które nie upilnowały córek i zostały babciami przez gwałt, a teraz domagają się alimentów i ukarania chłopaka, który wszystkiemu zawinił.
- Widzę, że przestudiowałaś odpowiedź. - zaśmiał się. - Medycyna?
- A weź. Lekarzem też nie byłabym dobrym, bo boję się, że ktoś mi umrze na stole. Jedynie co chciałabym robić w przyszłości to psychologia lub fizjoterapia.. 
- Lubisz pomagać ludziom? 
- Czy ja wiem... - wzruszyłam ramionami. - Nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie. Całe życie byłam trzymana pod kloszem, odwożona do szkoły przez rodziców, odbierana przez nianię albo kierowcę ojca. Nigdy nie miałam sytuacji, by komuś pomóc. 
- Nawet w szkole? 
- A co można pomóc bogatym i rozpieszczonym bachorom? - zapytałam retorycznie. - Tylko czekałam na moment, gdy będę mogła wyrwać się z tego domu jak mój brat. I wiesz? Nie żałuję, że to zrobiłam. 
- Gdybyś tego nie zrobiła to... nigdy byś mnie nie poznała! Same plusy! - ożywił się. Urzekało mnie w jego osobie to, że potrafił być taki zdystansowany, poważny i pewny siebie, a jednocześnie umiał się drażnić, miał ogromne poczucie humoru i można było z nim o wszystkim porozmawiać. Zawsze myślałam, że jeśli chłopak jest przystojny, to na pewno musi być okropny z charakteru i zachowania, a Mariusz pozwolił mi przejrzeć na oczy. Zaśmiałam się, patrząc jak chłopak morduje się z blokadą swojego telefonu, a przy tym wyzywa go od najgorszych. Gdy mu się udało, wszedł w aparat i zaserwował nam małą sesję zdjęciową. Na większości tych zdjęć wyszłam zapewne jak niedorobiony kretyn, ale ważne było to, że mieliśmy z tego dobrą zabawę. 
- Agata? - zagadnął, gdy opuściliśmy już kawiarnię. - Poczekaj chwilę. - ujrzał coś za moimi plecami, a po chwili już go nie było. Rozglądałam się, ale tłum ludzi uniemożliwił mi zobaczenie dokąd udał się piłkarz. Oparłam się o oparcie ławki, obserwując swoje ciemne trampki i czekając na chłopaka. - Agata. 
- Hmm?
- Słuchaj, bo... - zawiesił głos, następnie wyciągając zza pleców bukiet  kolorowych róż. - Chciałem życzyć ci wszystkiego najlepszego, mała. W szczególności spełnienia tych marzeń, o których mi opowiadałaś i żeby to szczęście przestało cię w końcu omijać.. I żebyś uwierzyła, że jesteś cudowną dziewczyną, a nie wmawiała mi, że tak nie jest, bo naprawdę zacznę cię za to ochrzaniać. - powiedział, składając na moim policzku buziaka. Uśmiechnęłam się do chłopaka, uwieszając się na jego szyi i trwaliśmy tak przez dłuższą chwilę. - Coś jeszcze mam dla ciebie..- odsunął się, po czym podarował mi niewielką torebkę. 
- Naprawdę Stępiński? Już wolałam Milika... - udałam grymas, spoglądając na nazwisko widniejące na koszulce reprezentacji Polski. 
- Nie marudź, dobra? 
- Dziękuję, Mariusz. - tym razem to ja złożyłam na jego policzku całusa, a chłopak objął mnie w pasie i delikatnie jeździł dłonią po moich plecach. Nie chciałam by mnie puszczał, chciałam tak trwać i trwać. Nie liczyło się dla mnie to, że deszcz non stop kropił i na dworze było masakrycznie zimno. Liczyło się dla mnie to co było tu i teraz. Z nim. Z chłopakiem, na którym zaczęło mi zależeć trochę bardziej niż na zwykłym przyjacielu.

******
Pamięta ktoś jeszcze o tym opowiadaniu? A może znajdzie się ktoś, kto tęsknił za Mariuszem i Agatą? :) 

Z góry przepraszam was za to, że tak długo odwlekło się od poprzedniego rozdziału i za to, że nie udzielałam się u was. Staram się to powoli nadrabiać, ale jeśli czegoś nie skomentowałam to wybaczcie. 
Problemy rodzinne i problemy ze zdrowiem nieco uniemożliwiły mi pisanie/czytanie, mam nadzieję, że teraz już nic nie stanie mi na przeszkodzie i spokojnie doczekamy epilogu na tym blogu :) 

Pozdrawiam serdecznie, ściskam!



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

3. Posuń swój arystokracki kuperek.

14.06.2016 | Hotel Hermitage Barrière w La Baule

  - Oszukiwałaś! - wykrzyknął szatyn, ciskając długopisem w grzecznego i niewinnego Krychowiaka.
- Nie moja wina, że nie potrafisz grać w statki. - westchnęłam, a następnie uśmiechnęłam się do zdenerwowanego napastnika. Podkusiło mnie, aby zagrać właśni z nim, bo chciałam zobaczyć, czy naprawdę tak bardzo się denerwuje, kiedy przegra, czy historie Mariusza nie do końca były prawdziwe.
- No dobra, to co mam zrobić? Od razu mówię, że nie wcisnę się w kostium Tabalugi i nie wejdę trenerowi pod prysznic. - zastrzegł, podnosząc dłonie w geście obronnym. Patrzyłam na niego z pełną powagą, lecz chichot Grzesia sprawił, że po sekundzie zaczęłam zwijać się ze śmiechu. - Ależ zabawne!
- Masz dziwne marzenia. - skwitował Bartosz Salamon, siadając nieopodal mnie na podłodze.
- Powiedz mi coś niegrzecznego. - wypaliłam, spoglądając na zaskoczonego Arka. Chyba naprawdę spodziewał się, że będę kazała mu świecić nagim tyłkiem na zbliżającym się meczu z Niemcami lub wyślę go na ulicę w dziwacznym stroju i każę robić Bóg wie co.
- Nie proś go o to, bo zaraz dostaniesz jakiś sprośny monolog o twoim tyłku. - wtrącił Jędza, po czym zagłębił swoje uzębienie w jabłku i skupił wzrok na smartfonie Pazdana. 
- Przeżyję. - odparłam. - No dawaj, Aruś!
- Właśnie, Aruś. Wyluzuj się! - dodał Grzesiek, klepiąc kolegę w lewe udo na dodanie mu otuchy. Milik popatrzył na niego, jak na napalonego geja, przez co ciemnowłosy speszył się i powrócił do oglądania swoich powiek od środka.
- Ciężko trochę, gdy jest się w takiej sytuacji..
- Patrząc na twoje bożonarodzeniowe zdjęcie, stwierdziłam, że masz jaja, ale chyba gdzieś ci się od tego czasu zgubiły...
- Mówisz o wysuniętym napastniku? - zapiszczał Jędza, a jabłko, które trzymał w ręce, poturlało się po podłodze. Przytaknęłam, po czym wybuchnęłam śmiechem wraz z każdym ze zgromadzonych tam piłkarzy, ale biednemu Milikowi nie było tak wesoło jak nam.
- Przynajmniej mi staje bez wspomagaczy, Jędza. - burknął pod nosem.
- Dawaj, Arek. - ponagliłam go.
- Ale co ja mam ci powiedzieć? Że masz tak seksowny kuperek, że pchałbym aż ta kitka skakałaby ci pod sufit? - zapytał, w międzyczasie łapiąc mnie za związane włosy. Po fakcie doszło do mnie, że Jędza miał rację, by nie prosić go o takie rzeczy. Dlaczego go nie posłuchałam?
- Przerażasz mnie chłopie... - Krycha pokręcił głową z dezaprobatą, patrząc na napastnika. - Wiem, że jesteś niewyżytą małpą, ale żeby tak do chrześnicy Nawałki startować?
- A dajcie wy mi wszyscy spokój! - machnął ręką, po czym wstał ze swojego miejsca i powędrował do drzwi. Nieco zdziwiło mnie, że stanął w nich bokiem do nas i widać było, że na kogoś czekał. Obserwowałabym go nadal, lecz gadatliwy Krychowiak zaczął opowiadać mi o swoich czerwonych skarpetkach, które dostał od babci na trzynaste urodziny, a one wciąż były dobre.
- Agata? - odkręciłam się, słysząc swoje imię. Trochę zdziwiło mnie, że po złym humorze Arka nie było ani śladu, a na jego twarzy gościł szeroki uśmiech. - Agatko kochana...
- Pij zawsze dobrego szampana.. - dorzucił Kapustka, stając obok niego.
- Uprawiaj przypadkowy seks do rana. - zaśmiał się Szczęsny.
- A gdy zajdzie potrzeba taka... znajdź sobie fajnego chłopaka. - powiedział Salamon, dołączając do rządka piłkarzy.
- Tylko pamiętaj, że ma mieć dużego ptaka. - dodał Robert Lewandowski, kiwając znacząco palcem.
- I pamiętaj o uśmiechu i dobrym humorze, bo śmiech to zdrowie! - tym razem głos zabrał Mączyński. Uśmiech na mojej twarzy chyba jeszcze nigdy nie był tak szeroki jak w tamtym momencie!
- I żebyś nigdy nie skończyła na budowie. - dorzucił Krychowiak, puszczając mi oczko.
- Żebyś zawsze była zdrowa i do pracy gotowa! - powiedział Pazdan, klepiąc mnie w ramię, gdy wędrował w stronę grupki piłkarzy. 
- Wszystkiego najlepszego! - krzyknęli chórem. Było mi cholernie miło, a w oczach stały łzy. Nigdy w życiu nie doświadczyłam czegoś takiego, bo byłam zamknięta pod kloszem, a teraz? Teraz siedziałam wbita w fotel i cieszyłam się jak małe dziecko, które dostało coś, na co czekało od bardzo dawna. Już chciałam coś powiedzieć, lecz do środka wszedł uśmiechnięty Mariusz, a na rękach trzymał niewielki tort z zapaloną świeczką.
- Wszystkiego najlepszego, mała. - powiedział cicho, spoglądając mi w oczy. - Pomyśl życzenie i dmuchaj. - poinstruował. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to przeżycie tego dnia tak, jak jeszcze nigdy tego zrobiłam. Uśmiechnęłam się do piłkarza, po czym nabrałam powietrza w płuca i zdmuchnęłam świeczkę, a po pokoju rozniosły się oklaski.

  Było coś około czternastej, gdy weszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku, chowając twarz w poduszkę. Kolejny raz walczyłam ze swoimi emocjami. Tak naprawdę miałam ochotę się rozpłakać. Co z tego, że poranna niespodzianka chłopaków wywołała u mnie naprawdę ogromne szczęście, skoro lada chwila czekało mnie spotkanie z ludźmi, od których tak bardzo pragnęłam uciec? Czułam się, jak w jakimś błędnym kole, które non stop się toczyło, a ja nie umiałam z niego wyjść. Zawsze, gdy patrzyłam na inne dzieci i ich rodziców, widziałam bijące od nich szczęście i miłość. Zazdrościłam im tego, bo mi rzadko kiedy towarzyszyły te uczucia. Moi rodzice zazwyczaj cieszyli się tylko wtedy, gdy nauczyciel od baletu lub jazdy konnej powiedział, że robię postępy, ale nigdy nie widziałam na ich twarzy uśmiechu, gdy narysowałam dla nich obrazek albo dostałam dobrą ocenę. Z zamysłu wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Bicie serca przyśpieszyło swoje tempo, bo myślałam, że to jest już ten moment, gdzie czeka mnie rozmowa z rodzicami.
- Może pora go w końcu zjeść? - kamień spadł mi z serca, słysząc głos piłkarza. Naprawdę odetchnęłam z wielką ulgą. Spojrzałam na uśmiechniętego chłopaka i po chwili na mojej twarzy także znalazł się uśmiech, może nie tak wielki jak u niego, ale jednak. - A ty znowu jesteś smutna?
- Ja? Nie. - zaprzeczyłam szybko.
- To skąd się wzięła ta dziwna minka? - zapytał, siadając na łóżku. Hipnotyzował mnie swoim spojrzeniem, sprawiał, że potrafiłam na chwilę zapomnieć o całym świecie i skupiać się tylko na jego tęczówkach. - Chodzi o rodziców, tak?
- Mhm..
- Przejmujesz się nimi? Agata, ty?
- Co ja?
- Jesteś wygadaną, twardą, rozsądną dziewczyną, a przejmujesz się ludźmi, którzy mają nierówno pod sufitem? Oni nic ci nie mogą zrobić, wiesz? Nie mają prawa zabierać cię na siłę do domu, bo jesteś pełnoletnia.
- Ich to nie obchodzi.. - westchnęłam. - Wszystko musi być tak, jak oni tego chcą.
- To pokaż im, że przyszedł czas na to czego ty chcesz. Są twoimi rodzicami, więc pragną twojego szczęścia, tak?
- Pragną swojego szczęścia moim kosztem. - powiedziałam cicho, przekręcając głowę w stronę okna balkonowego. - Dla ciebie wydaje się to być takie łatwe, bo nigdy nie żyłeś pod dyktando rodziców.
- Heh, co ja się znam... - powiedział zrezygnowanym głosem i skierował wzrok na podłogę. Zrobiło mi się głupio, gdy doszło do mnie, że niepotrzebnie tak chamsko się do niego odniosłam, bo on chciał tylko dobrze. Jak zawsze wyklinałam się w myślach, ale niestety po fakcie. - Może i miałem dobry kontakt z rodzicami, nigdy nie zachowywali się tak jak twoi rodzice, ale pomimo tego wiem, że na twoim miejscu stanął bym w obronie samego siebie, bo oni za mnie życia nie przeżyją. Jeśli naprawdę chcesz ciągle ich słuchać i spełniać ich marzenia to proszę bardzo, ale mam nadzieję, że kiedyś wspomnisz moje słowa i dojdzie do ciebie, że ten głupi Mariusz miał rację, a ty nic z tym nie zrobiłaś. - powiedział, wstał i nawet nie zdążyłam mrugnąć, a już go nie było. W mojej głowie niemalże natychmiast pojawiło się setki myśli, przez co powstał taki mętlik, że powoli czułam się, jakbym zaczęła tracić zmysły. Co miałam zrobić? Tak po prostu odciąć się od ludzi, którzy mnie wychowali? Odejść jak mój brat i nie dawać znaku życia? Ustawiali mi życie od samego początku mojego życia, co nie było dla mnie łatwe i przyjemne do zniesienia, ale jednak to dzięki nim miałam to życie. Byłam w kompletnej rozsypce emocjonalnej i uczuciowej, a gdy tylko jakiś pomysł przeleciał mi przez myśl to od razu zaczęłam rozkładać go na części pierwsze i wychodziło na to, że ma więcej wad niż zalet. Mariusz miał rację, przecież nie mogłam do końca życia udawać, że wszystko jest dobrze, a tak naprawdę byłabym nieszczęśliwa i bez przerwy plułabym sobie w brodę. Beznamiętnie opadłam na materac i zaniosłam się płaczem, bo naprawdę nie wiedziałam już, co mam zrobić.

  Hotelowa restauracja opustoszała w okamgnieniu, gdy asystent wujka donośnym głosem powiedział, że piłkarze mają udać się na boisko, by jeszcze trochę potrenować. Czułam się dość dziwnie, siedząc naprzeciwko swoich rodziców, który miny wyrażały tylko jedno - złość i gniew. Jednakże obecność wujka, który siedział obok, znacznie dodawała mi otuchy.
- Co ty sobie myślałaś? - zapytał ojciec, przeszywając mnie swoim spojrzeniem na wylot. - Myślisz, że my mamy czas, żeby latać po świecie, bo tobie zachciało się ucieczek?
- Nikt wam nie kazał tutaj przyjeżdżać. - powiedziałam.
- Kpisz sobie z nas? - odezwała się matka. - Nie tak cię wychowaliśmy, żebyś z dnia na dzień od nas uciekała.
- Ja nie jestem waszym psem, żebym siedzieć przy waszej nodze, jak na smyczy.
- Hamuj się. - ojciec jak zawsze pokiwał swoim palcem, jakby miało zrobić to na mnie jakiekolwiek wrażenie. - Masz gdzie mieszkać, co jeść, skończyłaś prywatną szkołę, idziesz na studia prawnicze...
- Na co idę? Na studia prawnicze? - zaśmiałam się gorzko. - Prawo było tylko i wyłącznie twoim marzeniem, ja nie mam zamiaru go spełniać.
- Jesteś naszą córką, więc to twój obowiązek. - matka popatrzyła na mnie z pewnością siebie, po czym zrobiła charakterystyczną minę, która miała oznaczać jej wyższość. Zawsze tak robiła, zawsze uważała się za najmądrzejszą i najlepszą, a tak naprawdę była zwykłym pionkiem w tej całej grze, którą nazwano życiem.
- A jak się wam postawię, to wypniecie się na mnie tak, jak wypięliście się na Karola? - zapytałam, milczeli przez chwilę. - Nie potrafiłabym spojrzeć w lustro, gdybym była taka, jak wy. Jestem waszą córką, to muszę się was słuchać, a to dobre... Wiecie kiedy mogliście używać tego tekstu? Jak miałam dziewięć lat a nie dziewiętnaście.
- Nie mieszaj w to swojego brata. Nie masz prawa wypowiadać przy nas jego imienia.
- Bo co? Bo robi wam się głupio, że zachowaliście się jak skończeni idioci? Bo woleliście stracić go zamiast zmienić swoje zachowanie? Nie mów mi do czego mam prawo, a do czego nie.
- Cztery dni poza domem, a ty już się rozpuściłaś! Jak ty się do nas odnosisz, co? - na twarzy mojej matki pojawiło się zbulwersowanie. Po jej minie widziałam, że straciła resztki opanowania. - Wiesz, ile pieniędzy włożyliśmy w twoje wychowanie?!
- Właśnie mamo, pieniędzy. - zauważyłam. - W wychowanie dziecka wkłada się całe swoje serce i otacza je miłością, a nie zapisuje się je na zbyteczne zajęcia, byleby tylko nie być gorszym od swoich napchanych kasą przyjaciół. Pamiętasz, kiedy chociażby pogratulowaliście mi jakiekolwiek osiągnięcia? - popatrzyłam na nią z pytająco. - Pamiętasz, kiedy ostatnio spędziliśmy czas na graniu w planszówki albo piłkę w ogrodzie?
- Agata, przestań... - ton głosu ojca znacznie zelżał, ale ja nie miałam zamiaru przestawać. To nie było wszystko, co miałam do powiedzenia.
- Pamiętacie, kiedy mnie przytuliliście bez powodu? Kiedy ostatni raz powiedzieliście mi, że jesteście ze mnie dumni? - wyrzucałam z siebie pytania niczym z armaty, a oni tylko słuchali i milczeli. - A pamiętacie, kiedy ostatnio powiedzieliście mi, że mnie kochacie? - zadałam ostatnie pytanie, na które pragnęłam usłyszeć jakąkolwiek odpowiedź, ale oni tylko spojrzeli po sobie. W moich oczach stały łzy, ale nie chciałam rozpłakać się w tamtym momencie, nie przy nich. - Ciągle powtarzaliście mi, żebym zawsze miała swoje zdanie, żebym nie pozwoliła komukolwiek wejść mi na głowę, a sami nigdy mnie o nic nie pytaliście i narzucaliście założone przez siebie normy i plany. - poczułam dłoń wujka na swoim ramieniu. Widział jak wiele trudu kosztuje mnie wyrzucenie z siebie wszystkiego, co leży mi na sercu. - Wiecie dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej? Bo wy w życiu nie zgodzilibyście się, żebym wyprowadziła się z domu i żyła po swojemu. Nigdy nie nauczę się życia, jeśli ciągle będziecie trzymać mnie za rączkę i prowadzić swoimi ścieżkami. Nie przeżyjecie go za mnie, nie popełnicie moich błędów, a tym bardziej nie uchronicie mnie przed nimi...
- Córeczko... - westchnęła czarnowłosa kobieta. - My chcieliśmy, żebyś wyszła na ludzi, żebyś coś osiągnęła. Nie chcieliśmy dla ciebie źle, zrozum... Dlaczego nigdy nie powiedziałaś nam, że coś ci nie pasuje?
- Bo gdy tylko próbowałam, ty odsyłałaś mnie do pokoju, a ojciec potem przychodził i wyzywał mnie od niewdzięcznych gówniar. - odparłam, uśmiechając się do niej ironicznie. - Przez was nigdy nie miałam prawdziwych koleżanek, nie wspomnę już o przyjaciołach...
- Nie wymyślaj. - powiedziała ostro. Zdziwiło mnie to, bo jeszcze przed chwilą wyglądała na poruszoną tym, co powiedziałam. - Było ci za dobrze, więc zaczęłaś teraz zmyślać, żebyśmy skakali wokół ciebie, jak tresowane małpy.
- O czym ty w ogóle mówisz? - odezwał się wujek. - Anno, chyba trochę się zagalopowujesz, wiesz?
- Prosił cię ktoś o głos? - zapytał ojciec.
- Nie, ale nie pozwolę, żebyście zrobili z niej najgorszą. - powiedział, wskazując na mnie palcem w międzyczasie. - Wiecie co ta dziewczyna przeżywała? Ile razy dzwoniła do mnie w środku nocy i zanosiła się płaczem? Albo ile razy żaliła się, że już nie wytrzymuje w domu? Staliście się katami własnych dzieci, a nie rodzicami, taka jest prawda. Jedno dziecko siedzi teraz nie wiadomo gdzie, drugie dziecko marzy tylko o ucieczce od was, a wy nie widzicie błędu w sobie? Tak bardzo jesteście zaślepieni rządzeniem nią, że nie potraficie racjonalnie pomyśleć?
- Agata jest gówniarą i nie dorosła do tego, żeby zachowywać się, jak wielka dama, bo tak naprawdę jest nikim. - głos matki był pełen jadu, a wzrokiem niemalże zabijała biednego wujka. Jednakże mi zrobiło się cholernie przykro po tym, co powiedziała. Byłam kimś w jej oczach, gdy posłusznie spełniałam ich zachcianki, a wystarczyło tylko się im postawić, a nagle stałam się bezwartościową osobą. Siedziałam, słuchając wymiany zdań pomiędzy rodzicami a wujkiem. Było mi smutno, ale z drugiej strony byłam dumna, że miałam wujka, który non stop trzymał moją stronę i bronił mnie, który atakował rodziców takimi argumentami, że niekiedy nie wiedzieli co powiedzieć.
- Nie patrz się głupio, tylko idź do swojego pokoju i pakuj swoje rzeczy. Wyjeżdżamy. - warknął ojciec, wstając ze swojego miejsca. Założył marynarkę i wyszedł na taras, by zapalić papierosa.
- Nie słyszałaś ojca? Idź się pakować.
- Prędzej lodowce się roztopią niż wrócę z wami. - syknęłam.
- Nie denerwuj mnie, gówniaro. Marszem do swojego pokoju!
- Wiesz co? Kup sobie tego biednego psa i go tresuj, ale mi daj święty spokój. - powiedziałam, wstając, a kobieta uczyniła to samo. - Nie mam zamiaru iść się pakować, a tym bardziej wracać z wami do Warszawy. Wybacz, ale czasy, kiedy mną kierowałaś, już dawno się skończyły.
Miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, jak bardzo jej nienawidzę za to, że odebrała mi tyle lat normalnego życia. Powstrzymywałam się przed tym tylko i wyłącznie dlatego, żeby nie musieć patrzeć na jej twarz jeszcze dłużej i słuchać jej bezsensownych pretensji. Zmierzyłam ją spojrzeniem, a ona odwróciła się do wracającego ojca. Idealna para, nienaganne małżeństwo. Z chęcią parsknęłabym śmiechem na samą myśl, ale wywołałabym tym niepotrzebne zainteresowanie.
- Wieczorem mamy ważny bankiet. - zaczął mężczyzna. - My naprawdę nie mamy czasu siedzieć tutaj i się z tobą niańczyć.
- Możecie się już zbierać, droga wolna. - wskazałam ręką na drzwi, co jeszcze bardziej zdenerwowało moich rodziców. - Wiecie co? Jesteście podli. Chcecie zabrać mnie do domu tylko i wyłącznie, żeby wasi znajomi o was nie plotkowali! Nie robicie tego z miłości i dobra dla mnie...
- Gówno wiesz. - mruknął ojciec.
- Pamiętacie, że mam dzisiaj urodziny? - zapytałam, spoglądając na nich z żalem. Spojrzeli po sobie, ale żadne z nich nie chciało się odezwać. - Właśnie... Nie pamiętacie, bo wam o nich nie przypomniałam kilka dni przed... Nie chce was znać.

  Wciąż nie wierzyłam w swoją odwagę, która towarzyszyła mi podczas spotkania z rodzicami. Tyle razy starałam się powiedzieć im wszystko, co leżało mi na sercu, ale zazwyczaj tchórzyłam. Jakiś głos w mojej głowie podpowiadał, że było to tylko zasługą Mariusza, którego słowa jakoś do mnie trafiły. Chyba potrzebna mi była taka rozmowa, bo dzięki niej odważyłam się na więcej.
- Posuń swój arystokracki kuperek. - mruknęłam, chcąc usiąść obok Kapustki, który zajął niemalże całą ławkę. Chłopak posłusznie przesunął się w bok, a ja usiadłam. Tak naprawdę przyszyłam do ogólnodostępnego pokoju z nadzieją, że spotkam w nim Mariusza, którego nie widziałam od momentu, gdy wyszedł z mojego pokoju. Chciałam go przeprosić, a zarazem podziękować, że w jakiś sposób postawił mnie do pionu. Gdyby nie on, pewnie byłabym już w swoim domu i słuchała wyrzutów matki.
- Szukasz Mariusza. - bardziej stwierdził niż zapytał.
- Skąd ten pomysł?
- W sumie to tak tylko strzeliłem, ale zazwyczaj jak pojawiasz się w pobliżu mnie, to szukasz właśnie jego. - zaśmiał się, a ja tylko uśmiechnęłam się pod nosem. - Sprawdź w jego pokoju, a jak go tam nie będzie to sprawdź pod prysznicem. - poruszał znacząco brwiami, sugerując mi tym, że w jego kapuścianej główce pojawiły się niepotrzebne myśli, w których rolę główną gram ja i Stępiński.
- Chciałabym mieć teraz numer do twojej dziewczyny, żeby zadzwonić do niej i powiedzieć, że masz ochotę na małe co nieco.
- Sugerujesz mi, że jestem niewyżyty? - przymknął lewe oko, patrząc na mnie z ukosa. - Ja nie muszę mieć dziewczyny, żeby sobie radzić. - poklepał mnie po ramieniu, a ja odskoczyłam od niego jak poparzona.
- Zabieraj te kopytka!
- Spokojnie, ostatni raz pracowałem nimi przed euro. - zaśmiał się, kolejny raz ruszając brwiami. Chyba było to jego ulubionym gestem, bo dość często to robił.
- Idę poszukać Mariusza...
- Tylko uważaj na jego ręce, nigdy nie wiadomo co nimi robił.
Postanowiłam puścić tę uwagę mimo uszu, choć i tak zaśmiałam się cicho z jego głupoty. Ominęłam zdychającego na dywanie Grosika, po czym znalazłam się na korytarzu i ruszyłam w stronę pokoju młodego piłkarza. Z każdym krokiem czułam coraz większe zdenerwowanie. Miałam dziwne myśli, że chłopak wyrzuci mnie z pokoju i powie, że ma mnie dość lub nawet mnie do niego nie wpuści. Zapukałam raz, potem drugi i trzeci, ale za każdym razem nie usłyszałam nic, co zaprosiłoby mnie do środka. Westchnęłam, naciskając klamkę i lekko uchyliłam drzwi. Kątem oka dostrzegłam sylwetkę Mariusza na balkonie, który rozmawiał z kimś przez telefon.
- Ja też cię kocham. - te słowa rozbrzmiały się echem w mojej głowie. Poczułam dziwny ścisk w żołądku i ukłucie w sercu. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim, więc wycofałam się i zamknęłam drzwi. Czy to możliwe, że okłamał mnie z tym, że od niedawna nie ma dziewczyny..?

*****
 Hellow! ^^ 
Dawno nic tutaj nie było, ale minione dni niekoniecznie dawały mi się wczuć w śmieszkujących piłkarzy.
Mam jednak nadzieję, że wam się podoba. :)
 Pozdrawiam. ;*

czwartek, 21 lipca 2016

2. Seksualny, niebezpieczny, Wojtuś Szczęsny lubi być niegrzeczny...

13.06.2016 | Hotel Hermitage Barrière w La Baule

  - Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!  Nie dorosłaś do tego, żeby bez naszej zgody opuszczać dom, rozumiesz? - krzyczała do słuchawki. Naprawdę nie mogłam uwierzyć w to, że wciąż traktowali mnie jak małe dziecko, które musi prosić o zgodę na wszystko. Miałam prawie dziewiętnaście lat, ale oni tego nie rozumieli. Albo nie chcieli tego zrozumieć, bo za bardzo podobało im się kierowanie moim życiem. - Nie tak cię z ojcem wychowaliśmy, żebyś z dnia na dzień zabierała pieniądze i uciekała. Rozczarowałaś nas, Agato. 
- Rozczarowałam was, bo wreszcie zaczęłam żyć po swojemu? - nawet nie wiem skąd wzięła się we mnie odwaga na zadanie tego pytania. - Nie na tym polega życie, żebym cały czas była wam posłuszna. Chcecie być idealnymi rodzicami, a nigdy nie rozmawialiście ze mną o tym, czego ja tak naprawdę chcę. Na siłę wpajaliście mi swoje przyzwyczajenia i narzucaliście swoje wybory. Spełniałam wasze ambicje, a wy kierowaliście mną, jak głupią kukiełką. Nie uważasz, że pora to skończyć? 
- Nie przesadzaj, gówniaro! - ponownie uniosła głos. Nigdy nie dało się z nią normalnie porozmawiać, bo zawsze kończyło się na kłótni. Jej zdanie liczyło się najbardziej, mojego w ogóle nie brano pod uwagę. - Daliśmy ci z ojcem wszystko co najlepsze, inwestowaliśmy w ciebie, a ty co? Nagle rzucasz to wszystko w cholerę i uciekasz? Naprawdę nie sądziłam, że jesteś aż tak głupia, Agato. 
Oczy natychmiastowo zaszły się łzami. Ledwie powstrzymywałam się przed rozpłakaniem się choć było naprawdę ciężko. Westchnęłam, wsłuchując się w kolejne przykre słowa ze strony matki. Zachowywała się, jakbym popełniła największą zbrodnię tego świata, a przecież ja tylko wyrwałam się z domu, w którym moi najbliżsi stali się dla mnie obcymi ludźmi z dnia na dzień. - Żałuję, że wychowałam takie okropne dziecko...
W jednej chwili nacisnęłam czerwoną słuchawkę i rzuciłam telefon na zaścielone łóżko, a sama dołączyłam do niego sekundę później. Szloch rozniósł się po całym pokoju. Tyle dobrego, że Mariusz wyszedł nim odebrałam telefon od matki, bo nie potrafiłabym zachować się przy nim normalnie po tej rozmowie. Było mi cholernie przykro. Przez całe swoje dotychczasowe życie robiłam wszystko, co mi kazali, żeby im się przypodobać, a wystarczyło się im postawić i dowiedziałam się o sobie naprawdę sporo. Kto by pomyślał, że moja własna matka tak naprawdę ma mnie za głupią dziewczynę, która nie poradzi sobie w życiu, bo bez nich jest nikim. Nikomu nie życzyłabym tego bólu, który towarzyszył mi w danym momencie, nawet największemu wrogowi...

  Siedziałam po turecku na chodniku, z dala od piłkarzy i reszty ludzi. Nie miałam ochoty na rozmawianie z kimkolwiek, a na trening wybrałam się jedynie dlatego, żeby nie myśleć o rozmowie telefonicznej z matką i nie płakać do poduszki. Z zafascynowaniem wyrywałam źdźbła trawy i przerywałam je na kilka części, rzucając na ziemię. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam być sama. Dopiero chrząknięcie owego osobnika sprawiło, że zwróciłam na niego swoją uwagę. 
- Co się dzieje? - zapytał brunet, patrząc na mnie spojrzeniem, którego nie potrafiłam opisać. 
- Nic. - skłamałam, wysilając się na uśmiech. - Czemu nie trenujesz?
- Trenowałem, ale jak zobaczyłem, że siedzisz tutaj i jesteś smutna, to przerwałem. - wyjaśnił. Odwróciłam twarz w drugą stronę, ale na marne, bo chłopak po chwili znalazł się z drugiej strony. - Chcesz pogadać? - zadał to pytanie z taką ostrożnością w głosie, jakby bał się, że zagryzę go za to i wrzucę jego zwłoki do morza. 
- Nie mam ochoty z nikim rozmawiać... 
- Nawet ze mną? - posmutniał. - Nie chcesz porozmawiać z takim słodziaczkiem? - palcem obrysował swoją buzię, wyginając usta w podkówkę i udając szlochanie. - Mam chodzić smutny przez ciebie? - zaśmiałam się cicho. 
- Stępiński! - po boisku rozniósł się krzyk mojego wujka. - Miałeś trenować, a nie podrywać moją chrześnicę! 
- Siła wyższa wzywa. - westchnął, przenosząc wzrok z mojego wujka na mnie. - Ale idziesz ze mną. 
- Co? Gdzie? 
- Do ludzi, kobieto. - powiedział twardo. - Nie pozwolę ci tu siedzieć i smutać. - wstał, wyciągając w moją stronę dłoń. Pokręciłam przecząco głową. Naprawdę nie miałam ochoty gdziekolwiek się ruszać, a tym bardziej do rozweselonych piłkarzy. - Mam cię tam zanieść czy raczysz podnieść swój zgrabny tyłek i pohasasz tam na tych pięknych kopytkach? - położył ręce na bokach, patrząc na mnie wzrokiem surowej opiekunki.
- Muszę?
- Musisz.
- Ale nie chcę.
- Ale ja chcę.
- Ale to nie jest koncert życzeń.
- Przestań się ze mną spierać. Jestem starszy i masz się mnie słuchać. - powiedział, dumnie wypinając pierś do przodu. Sama nie wiem czemu, ale obecność Mariusza sprawiła, że poczułam się lepiej i w końcu na mojej twarzy zagościł uśmiech. Pokręciłam głową, wystawiając dłoń w jego kierunku i wstałam przy pomocy chłopaka. Postanowiłam, że przejmować będę się w swoich czterech ścianach, gdy będę już w łóżku, a nie teraz, bo nie chcę wywoływać zbędnego zainteresowania moją osobą. Brunet przeprosił mnie i pobiegł w stronę kolegów, z którymi po chwili zaczął wymieniać podania, a ja przysiadłam na czerwonym krzesełku i obserwowałam wszystkich i wszystko.
- Co od ciebie chciał? - usłyszałam za sobą głos wujka. Odwróciłam głowę, a widząc zdenerwowanie na twarzy selekcjonera, wybuchnęłam śmiechem. Po chwili on sam zaczął się śmiać i usiadł na krzesełku obok. - Jeśli Mariusz ci się naprzykrza lub robi cokolwiek, żeby sprawić ci przykrość...
- Mariusz jest w porządku, wujku. - przerwałam mu. - Nie musisz być dla niego niemiły ani nic innego.
- Na pewno? Bo jeśli...
- Tak, na pewno.
- Może i mówisz prawdę... - westchnął. - Widziałem, że nie byłaś w humorze, ale chyba już ci powrócił dzięki niemu, co? - popatrzył na mnie pytającym, aczkolwiek podejrzliwym spojrzeniem.
- Nie układaj sobie swoich historyjek w głowie, bo całkiem osiwiejesz, wujku. - zaśmiałam się, czochrając jego idealnie ułożone włosy. - Mniej żelu, staruszku. - powiedziałam. Mężczyzna natychmiastowo sprzedał mi kuksańca w bok, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem. - Porozmawiamy wieczorem?
- O czym chcesz rozmawiać ze staruszkiem? O emeryturach czy właściwym wyborze domu pogrzebowego? - udał obrażonego.
- Myślałam, że wolisz temat sztucznych protez zębowych, ale przemyślę tamte dwa tematy. - powiedziałam. - To jak, pogadamy?
- Pogadamy, gówniarzu. - westchnął, czochrając mi włosy, po czym odszedł do wołającego go Roberta Lewandowskiego.

 Od dobrych dwudziestu minut siedziałam w ogólnodostępnym pokoju z piłkarzami, którzy tak bardzo byli zafascynowani meczem Hiszpanów z Czechami, że zapomnieli o otaczającym ich świecie. Jedynie liczne przekleństwa i wyzwiska dawały mi pewność, że jeszcze w ich umięśnionych ciałkach tkwiło jakieś życie. Najbardziej aktywnym kibicem był Krychowiak, zaraz po nim śmiało można było ulokować Szczęsnego, a na trzecim miejscu znajdował się Milik wraz z Lewandowskim. Od czasu do czasu słychać było głos zirytowanego Mączyńskiego, który za każdą nieudaną akcję pociągał się za włosy. Powoli zaczęłam się bać, że w końcu mu ich zabraknie i zrobi konkurencję biednemu Pazdanowi. Odruchowo spojrzałam w kąt pokoju, gdzie spał wspomniany piłkarz, i oczy omal nie wyszły mi z orbit, kiedy zobaczyłam jego ponętny makijaż.
- Kto go tak urządził? - zapytałam. Miałam tyle szczęścia, że jedyny Fabiański zwrócił na mnie swoją uwagę i wzruszył ramionami, bo reszta całkowicie była pochłonięta meczem. Darowałam sobie dopytywanie się i tak samo jak Łukasz Fabiański - wzruszyłam ramionami. - Pogięło cię?! - wybuchłam, gdy poczułam jak ktoś dmucha zimnym powietrzem na mój kark. Tym kimś okazał się być Mariusz, który swoim cudownym uśmiechem sprawił, że złość natychmiast odeszła w niepamięć. Swoją drogą, jak można było urodzić się z takim uśmiechem? O oczach nawet nie wspomnę! Śmiały się razem z nim, a jednocześnie było w nich coś takiego, co przyciągało mnie jak magnes.
- Nie chciałem cię wystraszyć. - wygiął usta w podkówkę, spoglądając na mnie wzrokiem zbitego pieska. Uśmiechnęłam się. - Wybaczysz mi ten olbrzymi błąd? - patrzyłam na niego, on na mnie. Po chwili pokręciłam przecząco głową, a on od razu padł na kolana i złożył ręce w geście błagalnym. Pech chciał, że akurat w meczu nastąpiła przerwa i każdy skoczek spokojnie mógł na to patrzeć.
- Oświadczasz się? - zapytał Szczęsny. - Nie polecam, baba cię zniszczy.
- Jakby się Marina dowiedziała, to zostałbyś bramkarzem w drużynie Boga. - zachichotał Krychowiak, za co dostał w tył głowy od bramkarza.
- Czy ciebie, Krycha, ktoś pytał o zdanie? Ja się nie odzywam do twojego życia tylko do naszego Mariuszka kochanego. - mówiąc to, podszedł bliżej bruneta i wytarmosił go za lewy policzek. - Delikatna skórka, jak pupcia niemowlaczka. 
- Czy ty mnie w tym momencie zdradziłeś?! Puci-puci możesz robić tylko mi, rozumiesz?! - każdy zwrócił swój wzrok na wrzeszczącego Grzesia, który swoim spojrzeniem zabijał biednego Wojtka. - Na moich oczach robisz to z innym facetem... Ty bezwstydna, rozpuszczona gałganico!
- Krycha, spokojnie...
- Jak ja mam być spokojny? Zabierasz mi mojego Wojtusia! Nie wstyd ci? - biedny Mariusz cofnął się o trzy kroki w tył, byleby tylko nie dostać od pomocnika.
- Seksualny, niebezpieczny, Wojtuś Szczęsny lubi być niegrzeczny...
- Błagam cię, Jędza... Przeróbki Mirami zostaw komuś, kto się na tym zna. - jęknął.
- Jakoś nigdy nie narzekałeś, że coś robię źle.
- Czy ty się chcesz teraz kłócić?!
- Panowie! - głos mojego wujka przerwał wymianę zdań pomiędzy bramkarzem a pomocnikiem. Jeden z nich usiadł na oparciu fotela, a drugi założył ręce na biodra i udawał obrażonego na cały świat. - Wasz związek przechodzi kryzys, ale nie musi wiedzieć o tym cały hotel. - pokręcił z dezaprobatą głową.
- Ale on...
- Czy ty przestaniesz kiedyś tyle gadać? - wywrócił oczyma. W międzyczasie zdążyłam odprowadzić wzrokiem Szczęsnego, a później przeniosłam spojrzenie na siedzącego nieopodal Mariusza. Okropnie zafascynowany był tym, co młody Kapustka robi na swoim telefonie, a co chwilę obydwaj wydawali z siebie dziwne odgłosy, więc nie trudno było się domyśleć, że grali w jakąś grę. - Musimy porozmawiać. - wujek skierował swoje słowa do mnie, po czym wskazał palcem na drzwi. Nabrałam powietrza w płuca i głośno je wypuściłam, po czym podążyłam za selekcjonerem.

  - Agata, ale zrozum, że oni się o ciebie martwią... - jęknął, opierając się rękoma o parapet.
- Z chęcią bym uwierzyła, ale za dobrze ich znam. - burknęłam, siedząc na łóżku i gapiąc się w brązowawą narzutę. - Nagadała ci, że tęskni, że się o mnie martwi, że tak strasznie mnie kocha i chce dla mnie dobrze... A nie wspomniała przypadkiem o tym, jak rano mnie zwyzywała od nieudaczników i idiotek? Jak na dobitkę powiedziała, że żałuje, iż mnie wychowała? - rękawem od bluzy otarłam łzę spływającą z policzka. - Oczywiście, że nie powiedziała, bo ona nigdy nie przyzna się do błędów. Przecież to byłoby niezgodne z jej idealną osobowością...
- Jeśli myślisz, że od dziś trzymam jej stronę to grubo się mylisz. - powiedział. - Po prostu nie chcę, żebyś straciła swoich rodziców i więź z nimi...
- Moi rodzice. - uśmiechnęłam się gorzko, spoglądając na mężczyznę. - Moi prawdziwi, kochający rodzice ustąpili miejsca potwornym dyktatorom, którzy planowali mi każdą sekundę życia. Wiem, że zawdzięczam im życie, ale wiesz co? Wolałabym, gdyby oddali mnie do adopcji albo po prostu się mnie pozbyli, bo nikomu nie życzyłabym takich rodziców. - mówiąc to, zeszłam z wujkowego łóżka i podążyłam do drzwi. Widziałam po nim, że bił się z powiedzeniem mi czegoś, jednak nie wiedziałam co mogło leżeć mu na sercu. Otworzyłam drzwi, a wtedy zebrał się w sobie i powiedział:
- Anna z Markiem mają się tu jutro zjawić.
Nie komentując, opuściłam pokój wujka i głośno zamknęłam za sobą drzwi. Nie obchodziło mnie to, że większość piłkarzy przez to zwróciła na mnie uwagę. Pokonałam kilka metrów, by dostać się do swojego pokoju, ale cholerna karta nie chciała ze mną współgrać. Ręce mi się trzęsły, a serce łomotało jak szalone. Wszystko za sprawą ukochanych rodziców, którzy postanowili, że nie dadzą mi nacieszyć się swobodnym życiem nawet tygodnia. Mój wzrok padł na dłoń, która delikatnie wyjęła kartę z mojej i otworzyła nią drzwi. Nie wiem nawet jak szybko weszłam do tego pokoju i kiedy drzwi zdążyły się zamknąć, a ja już tonęłam w objęciach bruneta i płakałam w jego rękaw.
- Cśśśś... - powtarzał jak mantrę, przytulając mnie do siebie jeszcze bardziej. - Agatko.. - powiedział cicho, głaszcząc moje włosy. Czułam się przy nim bezpiecznie, a jednocześnie swobodnie, choć wiedziałam, że gdy się opanuję, ciężko mi będzie spojrzeć w jego oczy. Prawie w ogóle się nie znaliśmy, a ja już zdążyłam pobrudzić jego koszulkę tuszem do rzęs.
  Po kilku minutach uspokoiłam się, ale wciąż trwałam w ramionach piłkarza. Nie przeszkadzała mi ta bliskość, wręcz cieszyłam się, że pierwszy raz w życiu ktoś trzymał mnie w ramionach, gdy było mi naprawdę źle. Ktoś, komu rodzice zabraniali nawet na związki z chłopakami, doskonale mógł zrozumieć to uczucie.
- Co się stało? - jego głos był łagodny, a zarazem taki czuły. Odsunął się na kilka centymetrów, podnosząc mój podbródek, kiedy spuściłam głowę w dół. Naprawdę nie chciałam spojrzeć mu w oczy po tym wszystkim, choć tak naprawdę byłam mu wdzięczna, że trwał przy mnie i dzielnie wysłuchiwał mojego płaczu. - Chcesz porozmawiać? - zapytał, na co w odpowiedzi wzruszyłam jedynie ramionami. Otarłam łzy rękawem, kierując się w stronę łóżka, na którym po chwili usiadłam po turecku. Mój wzrok utkwiłam na swoich dłoniach, a kiedy łóżko nieznacznie się ugięło, spojrzałam na chłopaka.
- Widzisz... - zaczęłam. - Nie miałam normalnego dzieciństwa za sprawą moich rodziców, którzy od małego robili wszystko, żebym wyszła na ludzi. Będąc w zerówce, zostałam zapisana na lekcje gry na fortepianie, bo moja matka ubzdurała sobie, że zrobi ze mnie damską wersję Chopina. Jak w końcu dała sobie spokój, to ojciec wymyślił, że zapisze mnie na naukę jazdy konnej. Podobno zawsze marzył o jeździectwie, ale jego rodziców nie było stać na prywatne lekcje i musiał się z tym pożegnać... Potem uczęszczałam jeszcze na balet, karate, nawet tenis był gdzieś po drodze. W końcu przyszedł czas pójścia do gimnazjum i nie było dnia, żebym mogła wrócić do domu i pograć na komputerze, pooglądać telewizor albo spotkać się z koleżankami, bo jeździłam na dodatkowe lekcje hiszpańskiego, francuskiego, włoskiego.... Oczywiście na korepetycje z matematyki, polskiego i każdego innego przedmiotu także chodziłam...
- Dbali o ciebie. - wypalił, chyba nawet nie zastanawiając się nad tym.
- Dbali. - parsknęłam. - W pewnym momencie zaczęli o mnie dbać do tego stopnia, że każda koleżanka się ode mnie odwróciła, bo matka wydzwaniała do ich rodziców i wytykała im najmniejszy błąd. Mogłam zadawać się jedynie z dziećmi bogatych znajomych, które były tak nadęte i rozpuszczone, że czasami miałam ochotę wziąć coś ciężkiego i zrobić im krzywdę... Wiesz, że nigdy w życiu nie miałam chłopaka? Nie wiem jak to jest, gdy masz obok kogoś, kto cię kocha. Zielonego pojęcia nie mam jak to jest całować się z normalnym, fajnym chłopakiem, a nie bogatym pajacem.. - sarkastyczny śmiech opuścił moje gardło. - Rodzice zawsze mi powtarzali, że jestem za młoda na chłopaka, że zniszczę sobie życie, bo ochota na seks ze mną wygra... Ale najlepsze jest to, że nie chodziło im o moje dobro, a o swoją opinię. Zawsze martwili się o swój tyłek, a ja byłam im chyba potrzebna do spełniania swoich ambicji...
- Chyba najgorsze co może być, jeśli chodzi o rodziców... - westchnął. - Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, ale wyobrażam sobie co możesz czuć... Choć może gdybyś miała rodzeństwo...
- Miałam starszego brata. - przerwałam mu.
- Miałaś...? - zapytał ledwo słyszalnie, bacznie mi się przyglądając. Przetarłam twarz dłońmi, po czym westchnęłam. Miałam. A może nadal mam? Kto to wie, jeśli nie widziałam go od tamtego czasu. Cholernie za nim tęskniłam, z dnia na dzień coraz bardziej, ale nie mogłam powiedzieć o tym rodzicom. Uważali go za nieudacznika i intruza, który rozwalił naszą rodzinę, bo nie chciał wyjść na ludzi.
- Do pewnego momentu był tak samo gnębiony przez rodziców, jak ja. - powiedziałam w końcu. - Też stawiali mu poprzeczkę zbyt wysoko, za dużo wymagali, ale on z czasem zaczął im się stawiać. Zaczął robić wiele rzeczy po swojemu, nie to co ja. Ja tylko siedziałam jak biedna szara myszka i się słuchałam... Pewnego dnia przyszedł do ojca, żeby porozmawiać z nim jak ojciec z synem. Pamiętam doskonale, jak płakał po nocach, bo miał swoje problemy. Chciał porozmawiać o tym z tatą, ale ten tylko wściekł się na niego, zwyzywał, a na końcu go uderzył... Tego dnia widziałam go po raz ostatni, bo uciekł. Rodzice zachowali się jak zwykli idioci, nie zgłaszając tego na policję, bo stwierdzili, że wróci. Nie wracał, a oni doszli do wniosku, że z czasem wróci jak pies, bo zacznie mu doskwierać bieda i głód...
- Nie wiem co powiedzieć...
- Teraz przyszedł czas, że i ja w końcu się wyrwałam, ale zrobiłam to chyba za późno..
- Dlaczego?
- Widzisz, moi rodzice wciąż chcą kierować moim życiem i trzymać mnie za rączkę, a ja chcę żyć po swojemu, chcę popełniać błędy, chcę czerpać z tego życia coś więcej prócz wiedzy i niepotrzebnych zajęć, które i tak nie przydadzą mi się w życiu... Myślałam, że przyjeżdżając tutaj, zaznam trochę spokoju, ale myliłam się. Jutro mają się tu zjawić, zapewne zrobią mi wyrzut, zwyzywają od nieodpowiedzialnych gówniar, a potem zabiorą do domu i przypomną sobie, że mam urodziny i zaproszą swoich bogatych znajomych.. - skrzywiłam się na samą myśl o tym.
- Masz jutro urodziny? - zapytał po chwili namysłu. Przytaknęłam głową, a chłopak uśmiechnął się pod nosem i popatrzył na mnie. - Obiecuję, że nie pozwolę zepsuć im tego dnia. - przysunął się bliżej mnie, po czym po raz drugi w życiu, a także dnia dzisiejszego, trzymana byłam w jego ramionach.

******
Pozostawię ten rozdział bez swojego komentarza, bo padłoby wiele nieodpowiednich słów...
Ściskajcie mocno kciuki za naszych skoczków, to musi być ich weekend! ^^
Tym, które przeżywają to na żywo, życzę udanego kibicowania i wielu, wielu zdjęć/autografów. :D
Pozdrawiam. :)

piątek, 15 lipca 2016

1. Kapustko, nie rób bigosu już na starcie...

12.06.2016 | AC Hotel by Mariott Nice

  Stanęłam przed lustrem w samej bieliźnie, bacznie przyglądając się swojemu ciału. Niby nie było takie złe, ale do najlepszych także nie należało. Niespecjalnie miałam fioła na punkcie uprawiania sportu i zdrowego odżywiania się, ale moja matka od kilku dobrych lat trzymała rękę na pulsie. Pewnego dnia nawet doczekałam się prywatnego dietetyka i trenerki personalnej, którzy mieli mi pomóc w dojściu do idealności, bo byłam o cztery kilogramy za gruba niż przeciętna dziewczynka, która chodziła na balet. Urojenia mojej matki czasami doprowadzały mnie do płaczu, ale co ja mogłam? Mogłam jedynie znosić cierpliwie to, co rzekomo było dla mnie najlepsze.
  Westchnęłam, sięgając po ciemne spodnie, w których już po chwili znalazł się mój kościsty tyłek. Następnie ubrałam białą koszulkę, a na nią nałożyłam szary sweterek. Włosy przeczesałam dłonią, a później sięgnęłam do kosmetyczki po tusz do rzęs. Najchętniej nie używałabym nawet tego tuszu, ale nie chciałam spowodować zawału serca wśród ponad dwudziestu piłkarzy. Mniejsza o to, że zostałabym zlinczowana przez zagorzałych kibiców reprezentacji. Bardziej martwiłam się o mój budżet, który nie byłby w stanie pokryć zadośćuczynienia żonie choćby jednego piłkarza! Uśmiechnęłam się pod nosem, chyba miałam do siebie wystarczający dystans, bo potrafiłam śmiać się sama z siebie i swoich myśli. Czasami zastanawiało mnie po kim potrafię być taka zdystansowana i mieć poczucie humoru, ponieważ moi rodzice byli typowymi ludźmi, których obrażał nawet najmniejszy żart.
  Pół godziny później byłam już w hotelowej restauracji. Siedziałam przy dwuosobowym stoliku przy oknie, popijając kawę i zajadając się tostami. Albo były obłędnie pyszne, albo byłam po prostu głodna i nawet gdybym zjadła przysłowiowego konia z kopytami, to zachwycałabym się jego smakiem. Wokół każdy rozmawiał tylko i wyłącznie o dzisiejszym meczu. Piłkarze podchodzili do tego z większym luzem, ale mój wujek wyglądał na tak spiętego i zdenerwowanego, że przeszło mi przez myśl, czy przypadkiem nie trzeba będzie wezwać pogotowia, bo jego nienaganne serce nie wytrzyma napięcia.
- Można? - podniosłam wzrok znad kubka kawy, gdy usłyszałam nad sobą czyjś głos. Uśmiechnęłam się na widok chłopaka, który wczorajszego wieczora wcielił się w chłopca na posyłki, i skinęłam twierdząco głową. - Kapi, bierz krzesło! - skierował swoje słowa do stojącego nieopodal bruneta i zajął miejsce. - Mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać obecność tego kawalera? - wskazał na przysiadającego się chłopaka.
- W grupie raźniej. - odparłam.
- Zależy pod jakim względem mam to rozumieć. - poruszał brwiami, uśmiechając się niczym zawodowy zboczeniec.
- Kapustko, nie rób bigosu już na starcie... - westchnął zażenowany Mariusz, patrząc z pogardą na zadowolonego Bartka. - Przepraszam cię za niego, po prostu chłopak dostał szlaban od swojej dziewczyny i za dużo głupot chodzi mu po głowie.
- Przynajmniej ze mną kobiety nie zrywają przez moje gusta kulinarne. - wytknął środkowego palca, gryząc trzymaną w drugiej ręce bułkę. - Swoją drogą, ciekawa sprawa... Wiesz, że dziewczyna zostawiła Mariusza, bo powiedział, że nie je białego chleba?
Odstawiłam kubek na blat stolika, wybuchając śmiechem. Niekulturalnie było tak śmiać się z osoby, której praktycznie nie znałam i siedziała ona blisko mnie, ale nie mogłam inaczej postąpić. Dodatkowo rozbrajała mina Kapustki, więc tym bardziej nie było opcji, żeby się nie śmiać.
- Naprawdę tak było? - zapytałam, gdy w końcu udało mi się opanować. Bartek energicznie pokiwał głową, nie mając możliwości odezwania się, bo napakował do ust naprawdę spory kawałek swojej bułki.
- W trzeciej klasie gimnazjum chodziłem z taką dziewczyną. A to kino, a to kręgle... Ale pewnego razu zaprosiła mnie do swojego domu, bo jej rodziców miało nie być...
- Mariusz był pełen nadziei, że uda mu się upolować sarenkę na jej terytorium. - odezwał się, a ja ponownie parsknęłam śmiechem. Nie minęła chwila, a Kapustka rozcierał bolące miejsce z tyłu głowy, w które Mariusz strzelił go z taką siłą, że kilka par oczu zostało skierowanych na naszą trójkę.
- Gdyby nie kryminał, już dawno wypchnąłbym cię z okna. - pokręcił głową z dezaprobatą. - Poszedłem do niej, zaczęliśmy oglądać film, przytulaliśmy się i w pewnym momencie wyszła z inicjatywą zamówienia pizzy, ale nie było nas na nią stać, więc powiedziałem, że kanapki też będą dobre... - kontynuował. - Wróciła po jakimś czasie z całym talerzem kanapek, ale gdy powiedziałem, że nie jem białego chleba, to zostałem zwyzywany od idiotów i tak oto straciłem dziewczynę.
- Bardzo poruszająca historia, no nie? 
- Tak, bardzo. - przytaknęłam na pytanie Kapustki i uśmiechnęłam się szeroko. Reszta czasu przeznaczonego na śniadanie minęła nam głównie na słuchaniu rozgadanego Bartka. Kto by pomyślał, że w tym małym ciałku kryje się taki gaduła! Mariusz wielokrotnie upodabniał się do buraczka, gdy tamten zaczynał się z niego naśmiewać lub mówił niezwykle ciekawe fakty o jego życiu. Gdybym miała takiego przyjaciela, to zapewne już leżałby martwy pod stołem albo co najmniej zapakowany w karton, przygotowany do wysłania na Filipiny. Kapustka był w trakcie opowiadania kawału o Kubusiu Puchatku, kiedy wujek zarządził, że wszyscy mają udać się do swoich pokoi i wypocząć przed meczem. Tak więc po dwóch minutach zostałam przy stoliku sama, ale nie narzekałam, bo moje uszy mogły w końcu odpocząć. Upiłam łyka kawy, powracając myślami do posiadania przyjaciela. Nie wiedziałam jakie to uczucie. Nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela, który byłby przy mnie, pomagałby mi, rozśmieszał mnie. Miałam tylko takich przyjaciół, którzy wiedzieli, że pochodzę z bogatej rodziny i liczyli, że coś dla siebie uskrobią przez znajomość ze mną. Cholernie podłe uczucie, gdy chcesz mieć kogoś, z kim będziesz mógł porozmawiać o wszystkim, a on lubi cię za pieniądze twoich rodziców. Z czasem przywykłam do tego, że ludzie są fałszywymi istotami i przestałam szukać przyjaciół. Dałam sobie spokój, bo nie warto było. Rodzice wiele razy zabierali mnie do swoich znajomych, którzy mieli dzieci w moim wieku lub podobnie, ale gdy patrzyłam na tamte dzieciaki, widziałam w nich rozpieszczone marionetki.
- Jak się czujesz? - otrząsnęłam głową, czując czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Uniosłam nieznacznie głowę w górę i napotkałam uśmiechniętą twarz wujka Adama. - Agatka, nie śpij, bo cię ukradną. - delikatnie potrząsnął mną, śmiejąc się.
- Aż taka cenna nie jestem, nie przesadzajmy.
- Jesteś chrześnicą selekcjonera! Agata, zlituj się. - parsknęłam śmiechem, gdy wujek odruchowo zaczął wymachiwać rękoma.
- Twoja skromność mnie poraża... - westchnęłam po chwili.
- Ty się lepiej skup, bo zaraz ci ktoś zwinie telefon. - sięgnął po telefon leżący po drugiej stronie stołu. - Malujesz te włosy i malujesz, a rozum coraz krótszy...
- Mam krótki rozum po tobie. - zaśmiałam się. Dopiłam kawę, odstawiłam kubek na stolik i wstałam z zajmowanego miejsca. - To telefon Stępińskiego, wujku, a ty mnie obrażasz..
- Stępińskiego? Boże, ten chłopak niedługo głowy zapomni zabrać... - jęknął, kręcąc z politowaniem głową. - Przeprosiłbym cię za ten krótki rozum, ale nieładnie tak zaprzeczać prawdzie.. - wybuchnął śmiechem, a ja mu zawtórowałam. Los może i nie dał mi idealnych rodziców, ale dał mi idealnie idealnego wujka. Uwielbiałam tego człowieka mimo wszystko.

- Ogólnie to jestem astronautą. - usłyszałam głos Jędrzejczyka, kiedy byłam już przy wejściu do ogólnodostępnego pokoju, który został nazwany przez Kapustkę 'wypasionym salonem'.
- A ja piratem. - westchnął łysy osobnik, czyli Pazdan.
- Serio?
- Serio, serio. Chcesz posiedzieć na moim haku? - poruszał brwiami, a cała męska część wybuchnęła śmiechem. Opanowali się dopiero w momencie, kiedy zobaczyli moją skromną osobę opartą o futrynę. - Przyszłaś mnie zamiziać na śmierć?
- Szkoda mi na to czasu. - z niechęcią odparłam na jego pytanie. Sama nie wiem dlaczego, ale nie czułam żadnej sympatii do tego człowieka. Może dlatego, że nigdy nie ufałam łysym? - Widzieliście może Mariusza?
- Telefonu szuka. - odparł Arek, który na moment oderwał się od grania na tablecie.
- Okej, dzięki. - rzuciłam, po czym wycofałam się i ruszyłam w poszukiwaniu właściciela telefonu. Teoretycznie mógł być wszędzie, praktycznie pewnie wlazł w najmniejszy zakątek tego hotelu i szukanie go zejdzie mi z tydzień! Przemierzyłam cały korytarz do końca, po czym musiałam wybrać drogę w lewo lub prawo. Miałam ochotę wybrać tę na lewo, ale z prawej strony słychać było ślady kroków. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam idącą sylwetkę Mariusza. - Szukasz czegoś? - zagadnęłam.
- Ja? Nie, nie...
- Na pewno?
- Tak, na pewno. - odparł. Śmiać mi się chciało z jego zdezorientowanej miny. Naprawdę nie chciał wyjść na takiego roztrzepanego, że udawał, iż wszystko jest w porządku? - Kapustkę zgubiłem.
- Kapustka siedzi z chłopakami. - zaśmiałam się. Chłopak uśmiechnął się i dziarskim krokiem ruszył w tamtą stronę. - Mariusz? - odwrócił się, słysząc mój głos. Wyciągnęłam z kieszeni białe urządzenie, podchodząc bliżej niego. Przez chwilę tylko na mnie patrzył, ale w końcu na jego twarzy zagościł uśmiech. Cholernie piękny uśmiech. - Zostawiłeś go na stole.
- Już myślałem, że przepadł...
- Właśnie widzę, jak ci ulżyło. - zaśmiałam się. - Masz tam jakieś erotyczne zdjęcia, że się tak bałeś o niego?
- Tylko Jędza w różowych bokserkach, filmik z tańczącym na rurze Salamonem i drugi filmik z pijanym Milikiem, który chce wyrwać Grosickiego. - powiedział, ponownie się uśmiechając.
- Pokażesz mi?
- Ale to po meczu, dobrze? - skinęłam twierdząco głową. - Dziękuję za telefon. - dodał, po czym schylił się i ustami musnął mój policzek. Mój świat zatrzymał się właśnie w tym momencie. Odszedł. On odszedł, a ja stałam w tym samym miejscu, uśmiechając się jak głupia czternastolatka. Dopiero po chwili spojrzałam za nim. Traf chciał, że on też odwrócił się i obdarzył mnie spojrzeniem. Lecz nagle cały hotel zaniósł się wielkim hukiem i dźwiękiem stłuczonego szkła. Dlaczego? Dlatego, że Mariusz idąc przodem do mnie, nie zauważył pokojówki idącej z wózkiem, na którym było kilka wazonów wody oraz szklanek, i na nią wpadł. Oh, co to było za show, kiedy mój wujek wybiegł ze swojego pokoju owinięty ręcznikiem na biodrach i zaczął krzyczeć na biednego, poobijanego Mariusza...


13.06.2016 | Hotel Hermitage Barrière w La Baule

  Siedziałam na balkonie, podziwiając widoki, które naprawdę cieszyły oko. Kto by pomyślał, że w końcu uda mi się powiedzieć 'dość' i wyrwać z domu, a później być w takim miejscu jak to. Delikatny wiatr rozwiewał moje włosy oraz wywoływał gęsią skórkę na rękach. Przymknęłam oczy, chcąc rozkoszować się daną chwilą, lecz chwilę później usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie podniosłam się z brązowego fotela, by udać się do drzwi. 
- Zamawiała pani żelki i Mariusza Stępińskiego? - wyszczerzyłam się jak upośledzona umysłowo wariatka, kiedy w drzwiach zobaczyłam bruneta. Trzymał w ręku opakowanie żelków i uśmiechał się szeroko. - Można? 
- Jasne, chodź. - zaprosiłam go gestem ręki do środka i zamknęłam za nim drzwi. Chłopak od razu skierował się w stronę otwartych drzwi balkonowych i zajął jeden z dwóch foteli. 
- Obiecałem, że pokażę ci filmiki, pamiętasz? 
- Myślałam, że o tym zapomniałeś. - odparłam, siadając po turecku na fotelu. 
- Zazwyczaj dotrzymuję swoich obietnic. - zaśmiał się, otwierając opakowanie z kolorowymi misiami, po czym podsunął mi paczkę. - Gotowa? Uprzedzam, że może to zostawić ślad na twojej psychice. - zapytał, kiedy trzymał już białego smartfona w ręku. Skinęłam głową, poprawiając się na fotelu i wzięłam od niego telefon. Płakałam ze śmiechu podczas oglądania każdego filmiku. - Trochę żałuję, że nie nagrałem, jak Jędza z Glikiem rysowali zboczone obrazki na łysince Pazdana.
- Serio? Dlaczego znęcali sie nad biednym łysolem? - oddałam telefon w ręce Mariusza, po czym zgarnęłam kilka żelków z opakowania. Zajadałam się nimi, słuchając opowieści piłkarza na temat łysego obrońcy i reszty kolegów z kadry. Przedstawił ich w ogóle w innym świetle niż uważałam. Osobiście nie spodziewałabym się, że ułożony i pokorny Robert Lewandowski jest zdolny do założenia prześcieradła na swoje gołe ciałko i biegania po całym boisku udając Supermana.
- Nasza kadra nie jest grupką podstarzałych mułów, jak sama widzisz. - ukazał rząd białych zębów w uśmiechu, a następnie zamilkł, wbijając wzrok przed siebie. Nastała chwila ciszy i spokoju, ale nie miałam zamiaru tego marnować. Ukradkiem obserwowałam chłopaka, bacznie przyglądałam się jego prawemu profilu, a kiedy zaczynał się poruszać, spuszczałam wzrok lub kierowałam go na coś zupełnie innego. - Agata. - powiedział takim tonem głosu, że ciarki przeszły po moich plecach. Już myślałam, że dostanę porządny ochrzan za podziwianie jego osoby, ale na moje szczęście tak się nie stało.
- Co cię tutaj sprowadziło tak z dnia na dzień?
- Skąd pomysł, że coś musiało mnie sprowadzić? Może jestem zagorzałą fanką waszej reprezentacji i chciałam być tu z wami? - uniosłam pytająco brew do góry, patrząc na chłopaka.
- Nie wydaje mi się, jak na ciebie patrzę. - westchnął, przeczesując palcami grzywkę. - Oczywiście rozumiem, że nie chcesz o tym rozmawiać. Nic na siłę.
- Może kiedyś powiem, jak przekonam się, że nie jesteś nadętym głuptakiem.
- To było niemiłe! - oburzył się.
- Nikt nie powiedział, że muszę być miła. - puściłam każdemu dobrze znane oczko w jego kierunku. - Ale wredna też nie jestem także spokojnie.
- Uwierzyłbym... Naprawdę bym ci uwierzył... Ale masz zbyt bliskie pokrewieństwo z trenerem i sama rozumiesz. - powiedział, a ja wybuchnęłam śmiechem. Z ręką na sercu mogłam w tamtym momencie przyrzec, że nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak szczerze się śmiałam. Ba, kiedy ostatnio rozmawiałam z jakimkolwiek innym chłopakiem niż studenci pierwszego roku na wydziale medycyny i prawa lub nudni synkowie znajomych rodziców.
- Przepraszam. - westchnęłam, kiedy dźwięk dzwonka przerwał nam rozmowę. Wstałam, poprawiając koszulkę, po czym podeszłam do komody, na której leżał mój telefon. - Boże... - powiedziałam cicho, z delikatną rezygnacją w głosie, gdy na ekranie telefonu wyświetliła się nazwa 'mama'...

******
Dobry wieczór! :)
Jak mijają Wam wakacje? Cieszycie się, że nowym Mistrzem Europy została Portugalia, czy tak jak ja - niezbyt? :D
Znów narobiło mi się trochę zaległości na Waszych blogach, ale ogarnę to przez weekend..
A, najważniejsze - podoba się? :)
Pozdrawiam!

czwartek, 7 lipca 2016

0. Niech się pan nie martwi, wasze perełki mnie nie interesują.

11.06.2016 | AC Hotel by Mariott Nice

  Wolność. Jedno słowo, które idealnie opisywało uczucie towarzyszące mi od samego rana. Kąciki ust mimowolnie wędrowały ku górze, kiedy docierało do mnie, że w końcu wyrwałam się z miejsca, które teoretycznie zwane było moim domem, a praktycznie traktowałam je, jak prywatne więzienie lub hotel, do którego wracałam jedynie na noc po całym dniu pełnym dodatkowych zajęć, na które zapisywali mnie rodzice. Przez te wszystkie lata to ich zdanie najbardziej się liczyło, mnie o nie nawet nie pytali. To było dość przykre, ponieważ niejednokrotnie zdarzało mi się płakać po nocach z powodu tego, że nie mogłam wyjść z koleżankami na plac zabaw czy chociażby do kina, bo wożona byłam z korepetycji francuskiego na zajęcia muzyczne.
  Wielokrotnie chciałam zrobić coś po swojemu. Chciałam spróbować tylu rzeczy, których tak naprawdę nie znałam, bo nie miałam możliwości się z nimi zapoznać. Marzyłam, by zrobić coś, co na pewno nie spodobałoby się idealnemu małżeństwu, które od dziecka traktowało mnie bardziej jak człowieka do spełniania swoich ambicji, a nie rodzoną córkę, która też oczekuje miłości, wsparcia i minimalnego luzu, bo zaczyna dusić się całą tą atmosferą. Za każdym razem, gdy wychodziłam z inicjatywą swoich wymarzonych wakacji lub weekendu, dane było mi słyszeć jedynie falę krytyki i głosy sprzeciwu. Musiałam wtedy pożegnać swoje pomysły i znosić kosmicznie denne propozycje matki. Perfekcjonistka w każdym calu nie mogła być gorsza od swojej przyjaciółki i sąsiadek z osiedla, bo krytyka wiązałaby się dla niej z wyjazdem do miejsca, gdzie nikt nie miałby pojęcia kim tak naprawdę jest.
  Wczorajszy wieczór jednak był tym, w którym postanowiłam, że albo wciąż będę żyć pod kloszem własnych rodziców i będę nieszczęśliwie spełniać ich zachcianki, albo w końcu postawię się im i pokażę, że przyszła pora na puszczenie mojej rączki i danie mi swobody do przeżycia własnego życia. Kilka przykrych słów ze strony ojca sprawiło, że w pół godziny zdążyłam spakować swoje rzeczy do walizki, wybrać pieniądze z konta, które założono mi, gdy byłam jeszcze małą, niczego nieświadomą dziewczynką, oraz zabukować bilet na najbliższy lot do Francji.
  Otrząsnęłam się z zamysłu, gdy do moich uszu wdarł się narastający dźwięk dzwonka z mojego telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni spodenek, po czym przesunęłam kółeczko z zieloną słuchawką i przyłożyłam urządzenie do ucha.
- Czekaj pod głównym wejściem, za chwilę wyślę po ciebie Tomka. - usłyszałam ciepły głos mojego ukochanego wujka, a następnie odgłos przerywanego połączenia. Westchnęłam, zablokowując telefon i usiadłam na pobliskiej ławce, przyciągając walizkę bliżej siebie. Miałam świadomość, że być może będę tylko zbędnym balastem dla wujka, który nie przyjechał tutaj na wakacje, ale w każdych trudnych momentach mogłam liczyć na jego wsparcie i pomoc. Być może za to tak bardzo kochałam tego człowieka. Miał wielkie i dobre serce oraz coś, co sprawiało, że był wyjątkową osobą, bynajmniej w moim uznaniu.
- Agata! - znajomy mi głos zwrócił moją uwagę. Zdjęłam okulary, widząc zbliżającą się sylwetkę pana Tomka, który chwilę później przywitał się ze mną poprzez uściśnięcie dłoni i sięgnął po rączkę od mojej walizki. - Twój przyjazd był dla nas wszystkich zaskoczeniem.
- Wiem, spodziewałam się, że nikt nie czeka tutaj na mój przyjazd. - zaśmiałam się, wchodząc do środka hotelu. Jedyne, co przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłam wygląd tego miejsca w środku: WOW. Nie byłam miłośniczką architektury, ale i tak mogłam stwierdzić, że wszystko pasowało do siebie wręcz idealnie.
- Prezes musi cię naprawdę lubić, skoro zgodził się na taką niezapowiedzianą akcję. - powiedział, naciskając odpowiedni przycisk na panelu w windzie. Oparłam głowę o ścianę, wlepiając wzrok w świecącą się lampkę. Nigdy nie narzekałam na relacje z Prezesem, który prywatnie bardzo dobrze znał się z moim wujkiem, a ja dość często przesiadywałam w towarzystwie tych dwóch panów i swoich rodziców. Momentalnie zaczęło mnie mdlić, gdy przypomniałam sobie natarczywą uprzejmość matki w stosunku do pana Bońka i rewelacyjne żarty ojca, którymi nakręcał każdą imprezę. - Wiem, że to nie ja powinienem to mówić, ale twój wujek albo Prezes, ale proszę cię, żebyś nie wchodziła w bliższe relacje z piłkarzami. Oni nie są tutaj dla zabawy, a po to, żeby grać i muszą się na tym skupić.
- Niech się pan nie martwi, wasze perełki mnie nie interesują.
Drzwi windy rozsunęły się, więc złapałam za rączkę walizki i ruszyłam za panem Iwanem. Po drodze minęliśmy kilku piłkarzy, którzy patrzyli na mnie, jak na niedorobioną turystkę, która zapewne przyszła tutaj w niby ważnej sprawie, a tak naprawdę po prostu chciała zobaczyć ich na żywo. Akurat nie było to moim celem, a tym bardziej marzeniem.
- Przyprowadziłem gościa. - rzucił mężczyzna, stając obok mojego wujka i jednego z masażystów.
- Cześć, wujku. - uśmiechnęłam się szeroko, wpadając w ramiona wujka. Stęskniłam się za nim, ponieważ nie widziałam go od połowy maja. Ciągle miał masę roboty przez zbliżające się Mistrzostwa Europy, ale nie mogłam przecież mieć mu tego za złe.
- Panowie, porozmawiamy za chwilę. - skierował swoje słowa do stojących mężczyzn i ruchem ręki wskazał na drzwi z numerem 350. Wszedł za mną do pomieszczenia i oparł się o stojącą komodę, a ja usiadłam na podłokietniku fotela. - A teraz mów, co jest?
- Uciekłam od tej dwójki oszołomów. - powiedziałam, kierując się w stronę okna. - Wczoraj znów się pokłóciliśmy, ale tym razem ojciec przestał przebierać w słowach i dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na swój temat. Po prostu wiedziałam, że muszę się stamtąd wyrwać, bo inaczej zwariuję, a że zawsze mogłam liczyć na ciebie... Wujku, jeśli jestem problemem to powiedz mi to wprost. Naprawdę nie chcę siedzieć tutaj na siłę i komplikować ci życia.
- Ale gdybyś miała być dla mnie problemem, to powiedziałbym ci przez telefon, jak dzwoniłaś z pytaniem czy możesz przylecieć. - uśmiechnął się, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Wiesz dobrze, że chętnie pomogę ci w każdej sytuacji, prawda? - skinęłam nieśmiało głową, chwilę później po raz drugi lądując w ramionach wujka. - Wiem, że masz dość układania ci życia przez Annę i Marka, i wiem, że będąc twoim chrzestnym, mam obowiązek ci pomóc, jak tego potrzebujesz.
- Dziękuję, wujku....
- Nie dziękuj, mała. - zaśmiał się, czochrając moje włosy. - Mogłabyś zmienić ten kolor, szary jest mój. - złapał w palce krótki kosmyk swoich włosów i ponownie wybuchnął śmiechem. - Porozmawiamy na ten temat jeszcze później, bo teraz idę porozmawiać z chłopakami odnośnie jutrzejszego meczu.
- Poczekać tu na ciebie?
- Chodź ze mną, co będziesz się nudzić sama w pokoju. - odparł, zakładając na siebie czarną bluzę reprezentacji. - Powiem Tomkowi, żeby zorganizował dla ciebie jakąś małą koszulkę i bluzę, dobrze? - przytaknęłam, po czym chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi.
- Jędza, bez jaj! - wrzasnął rozentuzjazmowany Milik.
- Bez jaj nie potrafiłbym żyć! - odparł, spoglądając na niego wymownie.
- Bez jaj nie mógłbyś tylko dzieci robić..
- Bez jaj nie byłbym facetem.
- Nawet z nimi nim nie jesteś. - parsknął śmiechem. Zatoczył się przy tym, o mały włos nie wpadając na wujka, który swoim spojrzeniem momentalnie postawił go do pionu.
- Panowie, skończcie swój jajeczny temat. Zapraszam na salę.

  Siedziałam na samym przodzie, wsłuchując się w słowa, które wujek kierował do piłkarzy. Teoretycznie mówił z sensem, ale niekiedy używał typowo piłkarskiego slangu, że ktoś taki jak ja nic nie mógł pojąć. Chociaż może ktoś inny by mógł, ja niekoniecznie, gdyż piłka nożna nie należała do moich ulubionych sportów. Odruchowo złapałam się za kark, kiedy poczułam, że coś mnie po nim mizia, a następnie do moich uszu doszedł cichu chichot siedzących z tyłu piłkarzy. Zignorowałam to, lecz po chwili ponownie poczułam coś łaskoczącego na swojej skórze.
- Masz jakiś problem człowieku? - syknęłam, odwracając minimalnie głowę i patrząc na jednego z nich.
- Ależ skąd. - uniósł dłonie w geście kapitulacji.
- Mam nadzieję. Jak jeszcze raz poczuję coś na swoim karku, to przyrzekam, że zamiziam cię na śmierć po twojej łysinie.
Odwróciłam się w stronę stolika, przy którym siedział wujek i kilku facetów, jednakże moje uszy nastawiły się na słuchanie tego, co dzieje się z tyłu. Łysy osobnik non stop chichotał z żartów opowiadanych przez kolegę siedzącego obok, a jeszcze inny chrupał zbożowego batonika tak głośno, że gdyby nie zagłuszający go wujek, to cała sala wiedziałaby, że w tym momencie Krzysztof Mączyński jest w trakcie konsumpcji.
- Pazdan, nie susz zębów, tylko słuchaj. - pan Iwan zwrócił uwagę łysemu osobnikowi, wywołując przy tym salwę śmiechu wśród piłkarzy. Od tego momentu minęło jeszcze dobre dwadzieścia minut, gdy wujek oficjalnie powiedział, że to tyle co ma do powiedzenia i bardzo dziękuje za uwagę.
- Zapomniałbym! - wykrzyknął, gdy piłkarze już powstawali ze swoich miejsc. - Agata zostanie z nami na trochę czasu, także gdybym mógł prosić was o w miarę kulturalne zachowanie wobec niej...
- Żona wie? - zapytał facet, który jeszcze niedawno prowadził rozmowę o jajkach z Milikiem.
- Bez żadnych sugestii, Jędza, to moja chrześnica. - wyjaśnił, wskazują na mnie. Wszystkie pary oczu zostały skierowane na mnie, a ja czułam się jak zwierzę podziwiane w zoo. - Mam nadzieję, że Agata też nie będzie wchodzić z wami w konflikty, mam rację?
- Oczywiście, wujku. - uśmiechnęłam się szeroko, wstając ze swojego miejsca...

  Letni prysznic był zdecydowanie tym, czego potrzebowałam po całym dniu. Teraz marzyłam tylko i wyłącznie o znalezieniu się w łóżku i udaniu się do krainy morfeusza. Nałożyłam na siebie niebieską koszulkę oraz ciemne spodenki, mokry ręcznik rozwiesiłam na drabince grzejnikowej i wyszłam z łazienki. Już miałam wchodzić pod kołdrę, kiedy do moich drzwi rozległo się pukanie. Moją pierwszą myślą było to, że wujek postanowił złożyć mi niezapowiedzianą wizytę kontrolną, lecz pomyliłam się i to grubo, gdy przed sobą ujrzałam Mariusza Stępińskiego we własnej osobie, z kartonem na rękach.
- Cześć. - rzucił, delikatnie się uśmiechając. - Trener wysłał mnie z tym do ciebie.
- A co to takiego?
- Tego nie wiem, ja tylko robię za kuriera. - tym razem jego uśmiech rozciągnął się od ucha do ucha. Wzruszyłam ramionami, chcąc wziąć od niego kartonowe pudełko, ale zaprzeczył, tłumacząc, że dziewczynie nie przystoi nosić ciężkich kartonów. Rzeczywiście, przecież od kartonowego pudełka mogłabym doznać połamania kręgosłupa lub umrzeć na miejscu.
- Dobra, dzięki. - rzuciłam, spoglądając na niego. Może to dziwne, ale pierwszym, na co zwróciłam uwagę, były jego oczy. Miał w nich coś, co sprawiło, że nie mogłam samodzielnie oderwać się od wpatrywania w nie. Dopiero, gdy zaczął machać dłonią przed moją twarzą, powróciłam na ziemię.
- To ja już pójdę. - powiedział. - Dobranoc.
- Dobranoc.
Odprowadziłam go spojrzeniem do drzwi, po czym podeszłam, by je zamknąć, a potem położyłam się do łóżka. Westchnęłam głęboko, poprawiając się na poduszce i zamknęłam oczy. Zasnęłam z uśmiechem na ustach, bo w końcu byłam wolna. Wolna i szczęśliwa.


******
Hej, zostanie ktoś ze mną? :)